Waldemar Sulisz: Restauracja IVO Italian. Recenzja, galeria foto, wideo

Choć restauracja IVO Italian w Lublinie wciąż przeżywa najazd klientów, to stało się to malownicze, ale już nie uciążliwe. Byłem tam 3 razy pod rząd. Pasta z owocami morza wyrwała mnie z butów. Ale pizza gumiasta, pizzermeni do wymiany.  szyld W resturacji Ivo Italian owoce morza możecie zamawiać w ciemno Za pierwszym razem wybrałem się do restauracji Ivo Italian w środę o 11. Pomimo, że otwierają o 10 - większość stolików na 3 poziomach była zajęta. Wybrałem miejsce na dole, przy witrynie z serami i oliwą. Z tej perspektywy mogłem widzieć kucharza, który przyrządza danie. Kelnerka zjawiła się przy stoliku po minucie. Zamówiłem Włoską zupę wiosenną za 6.80 oraz sztandarowe danie Pastę z owocami morza za 16.80. Zupa pojawiła się na stoliku po 3 minutach. zupa Zupa jak to szybkoobsługowa zupa. Ale kto tu na zupy przychodzi? Ziemniaczana po włosku W restauracji panuje iście włoski harmider. Słychać rozmowy ludzi. Zabawne dialogi polskiej kelnerki z włoskim kucharczykiem. I komendy Ivo Violante na dolnej kuchni, który osobiście miał przyrządzić moje owoce morza. Włoska zupa wiosenna okazała się być sympatyczną wersją polskiej zupy ziemniaczanej. Kucharz malowniczo ozdobił ją pieczonymi plasterkami ziemniaka. Dość szybko wystygła, ale pierwsze łyżki były gorące. Do szczęścia zabrakło mi włoskiej bułeczki z pieca z masełkiem czosnkowym. A sama zupa? Te, które jadłem kilka razy w Auridze, gotowane przez Ivo Violante były smaczniejsze, bardziej esencjonalne i ziołami pachnące. Ale pal licho zupy, do nowej włoskiej restauracji w Lublinie przychodzi się na makarony - przede wszystkim. pasta krewe Specjalnością restauarcji Ivo Italian w Lublinie są makarony Pasta con frutti di mare Dumny szyld „Specjalność: Pasta Owoce morza” wisi na ścianach i wyraźnie podpowiada, co jest dumą Ivo Violante. Jak mało kto w Lublinie ten kucharz zna się na rybach i owocach morza właśnie. Z drugiej strony - makarony z owocami morza i one same to jedno z najtrudniejszych wyzwań dla polskich restauracji. We Włoszech kucharz jedzie świtem na targ i wybiera co najpiękniejsze, świeżutkie okazy. Właściciele restauracji Ivo Italian podeszli do tematu w pełni profesjonalnie. Codziennie, o 5 rano żona jednego z nich, która rządzi górną kuchnią (tam powstają lasagne podawane w patelniach) - jest w Makro i codziennie kupuje świeże krewetki, mule, ośmiorniczki czy kalmary. A ponieważ ze wszystkich rodzajów pasty - pasta z owocami morza ma największe wzięcie - często jest tak, że danie kończy się na godzinę, dwie przed zamknięciem lokalu. Tak to rozumiem. Kiedy na stół kelnerka wniosła duży talerz z ogromną porcją pasty z owocami morza, która parowała, pachniała, mieniła się kolorami - pomyślałem: No to jest wyzwanie. Przy zamówieniu wybrałem rodzaj makaronu - tagliatelle. Od niego zacząłem. Pierwszy kęs i już byłem w domy. Idealne al dente - i nadzwyczajny smak. Nadzwyczajny, bo makarony są robione na miejscu na okrągło. Skubnąłem ośmiorniczkę. Mięciutka. Krążek kalmara - to samo. Ze rozchylonej muszli wyjąłem omułka - soczysty i pyszny. Muszla pełna była sosu - jedzony z muszli - był przedobry. Pachniał wodą morską, czosnkiem, pomidorami, ostrą papryczką, winem. Jeszcze nie odgadywałem ziołowych nut. Zabrałem się za pierwszą, ogromną krewetkę. Usunięcie główki i obieranie szło mi nieporadnie, owa nieporadność zrodziła się z łakomstwa za delikatnym, białym mięsem. Dalej były już tylko kombinacje smaków, radość ze świeżutkich muli (tak popularnie nazywają się małże omułki), kałamarnic i kolorowych ośmiorniczek. I starcie z kolejnymi krewetkami. Jakże brakowało mi znów chrupiącej bułeczki, którą maczałbym w sosie. I miseczki z wodą i plasterkiem cytryny do obmycia palców. To miało być tyle na dziś, ale nie było. psta 2 Tym razem zamówiłem pastę z owocami morza bez krewetek. Z podwójną dawką małży i ośmiorniczek w zamian. I to był odjazd Pasta Owoce morza na bis Nie było, gdyż zadzwonił do mnie Jerzy Strzyż, koneser włoskich smaków, który w Lublinie prowadził restaurację „Chimera”, następnie restaurację "Pavillon w Nałęczowie". To właśnie w „Chimerze” (a były to czasy, kiedy na Starym Mieście był tylko Old Pub i stara Czarcia Łapa) Strzyż  zatrudnił w kuchni młodziutkiego Ivo Violante. I umówiliśmy się w restauarcji Ivo Italian. Dla mnie miała to być druga wizyta tego samego dnia. Zamówiliśmy pastę z owocami morza. Z tym, że ja poprosiłem, żeby kucharz przyrządził moją bez krewetek, w zamian dodał więcej muli. Ciekaw byłem opinii znawcy. I co? - Świetnie zrobiony i ugotowany makaron, doskonałe owoce morza, harmonijny sos - skwitował krótko. A czemu nie chciałeś krewetek. One są najlepsze - zapytał. Następnie oderwał główkę i wyssał z niej sok. - Tak przyjacielu, ten sok to najlepsze co może być. Następnie kilkoma ruchami obrał krewetkę i hop do buzi. A moja pasta? Równie doskonała, jak ta pierwsza. Pachnąca, z wybornymi mulami. Z pysznymi ośmiorniczkami, aromatem wina i kalmarami. Zamówiłem małą karafkę białego wina Trebbiano (0.25) za 11.80. Teraz dopiero zaczęło się smakowanie. Sytość była błoga, endorfiny szalały. A tu jeszcze razem z pastami zamówiliśmy sobie na deser, na spółę - Pizzę pieczarki, szynka, oliwki, karczochy za 11.80. pizza Gumiaste ciasto, rozmiękła od sosu, zostawiliśmy pizzę na talerzach. Cazzo - skwitował Jerzy Strzyż Pizza do poprawki Po pierwsze przyniesiono nam ją, kiedy jeszcze mieliśmy pastę na talerzach. Błąd. Wyglądała nieźle. Nie została pokrojona na części. Zrobiliśmy to sami. Pierwszy kęs - coś z ciastem nie tak. Było gliniaste. Zwykły gnieciuch. Po drugie kucharz nawalił tyle sosu, że chrupka po brzegach - dalej była rozmoczona. Jerzy wyraźnie się wnerwił. - Co to za ciasto, co to za ciasto. Odsapnął i rzucił krótko: Cazzo. I machnął ręką. Karczochy i pieczarki były niedbale pokrojone i rzucone na ciasto. Skubnęliśmy po kawałku. I zostawiliśmy. Kiedy powiedzieliśmy o pizzy kelnerce, pojawił się Ivo. Popatrzył na rozgrzebaną pizzę, ciasto i rzucił: No tak. Na to Jerzy: Cazzo! Całe szczęście, że świetne espresso (5 zł) poprawiło nam humory. Za cały lunch (Jerzy wziął jeszcze coca-colę (4.80) zapłaciliśmy 77.00. ivo violante 2 Ivo Violante, spiritus movens, motor i główna sprężyna restauracji Ivo Italian w Lublinie. Szalony, nawiedzony, kobiety mówią, że wariat. Ale jaki:) Dzień dobry krewetki W restauracji Ivo Italian zjawiłem się następnego dnia. O 15. Chciałem sprawdzić, czy w porze największego oblężenia da się tu coś zjeść. Z trudem, bo z trudem znalazł się stolik na pierwszym piętrze. Zamówiłem jasne piwo IVO za 6.80 i pastę Owoce morza za 16.80. Piwo (zrobione dla restauracji przez browar Czarny kot) - było słabe. A nawet słabiutkie. To nauczka, że nie zamówiłem wina. Na pastę czekałem 20 minut. Tym razem wybrałem makaron typu spaghetti. Już z krewetkami. Tym razem pietruszka była siekana (wcześniej w całości), a brzegi talerza nie były posypane parmezanem. Paremzanu mi szkoda.   Mule - jak zawsze były wyśmienite. Złapałem ośmiorniczkę - o zgrozo, trafiła się twarda i gumowata. To samo z kolejnymi. Makaron był świetny, może nawet lepszy niż tagliatelle. Ale te ośmiorniczki, kucharz musiał przetrzymać je na patelni. Jeśli to był Ivo Violante - musiał zagadać się z jakąś piękną dziewczyną.
Zanim nagramy Ivo Violante w akcji, film jak przyrządzić Pasta con frutti di mare Krewetki soczyste, pachnące. Ale sos, gęściejszy niż uprzednio - był dla mnie za słony. Ta słoność zagłuszyła delikatną woń wody morskiej, aromat ziół, znikł smak wina. Albo kucharz zakochany i sypnął za dużo soli, albo dowalił jakiejś przyprawy z solą. W Ivo Italian kelnerki co rusz pytają: Jak smakuje. Kiedy powiedziałem, że tak, ale tym razem za słone - usłyszałem: Jak to, przecież sam Ivo robił. Pewnie zakochany i posolił od serca - odparłem. Rachunek wyniósł 23.60. Kiedy wychodziłem - usłyszałem od Izy, żony Ivo: Już nie będę męża w sobie rozkochiwać. balaganik Rozkoszny bałaganik pod schodami, gdzie pizzermeni trzymają mąkę. Widać go z ulicy... Nasza ocena? Wpadka z pizzą (następnego dnia Ivo umieścił na swym profilu ogłoszenie, że zatrudni pizzermenów) nie przesądza sprawy. Nasze makarony były świetne. I to w doskonałej cenie. Inne pasty mają podobną opinię: ze stolików unosiły się zachwyty nad pastą z truflami i śmietanką, łososiem, porem i śmietanką, carbonara. Porcje są duże, w przypadku zapiekanych makaronów na patelni - ogromne. Dla jednej osoby nie do przejedzenia. Restauracja przeżyła już oblężenie Częstochowy - obsługa radzi sobie z ogromną ilością klientów całkiem dobrze. Czasem trzeba poczekać, ale dania robione są od początku na świeżo i przy kliku zamówieniach - czas na ich przyrządzenie być musi. A zresztą, kto przychodzi na dobre makarony i wino - na chybcika. No kto? W restauracji Ivo Italian panują swoiste rytuały. Dużo tu hipsterek i hipsterów, błyszczą torebki i buciki. Pierścionki na palcach panów, czasem naszyjniki. Tu lansują się urzędnicy, lekarze, tu jedzą studenci z Europy i świata. Taki jarmark próżności. I piekne kobiety. Jest gwarno, międzynarodowo i głośno. Ale też niezobowiązująco. Wystrój trafiony - bardzo mi odpowiada. Jedzenie świetne. Dla mnie na cztery, z dużym plusem. Ale nie o oceny tu chodzi. Oto w Lublinie powstał nowy typ restauracji, która jest w stanie przyjąć bardzo dużo ludzi, a potrawy są robione na świeżo, ze świeżych produktów. Za restauracją i jej ogromnym sukcesem marketingowym stoi bardzo przyzwoita filozofia właścicieli: jedzenie ma być bardzo świeże, a w kuchni bardzo czysto. I to lubię. Nie byłoby tej resturacji bez malowniczej postaci Ivo Violante, Włocha urodzonego w Lublinie, który z niejednego pieca chleb jadł (dosłownie i w przenośni), poznał smaki życia od podszewki, gotował w Europie i na świecie. Oby spółka włoskiego kucharza i polskiego restauratora przetrwała jak najdłużej. Tęskniąc za krewetkami już szykuję się na kolejne wyjście. Na deskę włoskich specjałów, na inne pasty, na desery i na kieliszeczek oryginalnej grappy. Waldemar Sulisz