Szczawiówka. Nie ma chyba bardziej polskiej zupy…

Nie ma chyba bardziej polskiej zupy…Szczawiówka. Spotykana w całej Polsce. Moja ukochana z dzieciństwa.
Szafranki – uboga i malutka wieś przycupnięta nad Biebrzą. Mam niewiele lat, płowe włosy i piegi na nosie. Nawet jeszcze piersi nie mam, ani ja, ani dziewczynki ze wsi – moje koleżanki. Jesteśmy „wiejskie polatuchy” – jak czasem mawiał tata, bo polatywałyśmy to tu to tam i nigdy nie było wiadomo gdzie nas szukać. W lesie? Na pastwiskach? Na starych łęgach z rozwalonymi bunkrami? Na olszach koło Wróblewskich nad potoczkiem, na których huśtałyśmy się dość ryzykownie? Nad rzeką? Nie, nad rzekę nie chodziłyśmy same. Zawsze z kimś starszym. Biebrza zawsze miała rwący nurt i miałyśmy zakaz chodzenia nad rzekę bez opieki. Oczywiście często pracowałyśmy w polu z gospodarzami – przewracając albo grabiąc siano, albo podbierając zboże. Czasem, zanim nas puszczono wolno, trzeba było wypielić zagon ziemniaków czy nakarmić kury…
W lesie, na łęgach czy pastwiskach traciłam poczucie czasu. Miałyśmy tyle zajęć! Mieliśmy, bo i chłopcy do nas dołączali. Też piegowaci, wystrzyżeni na krótko i hałaśliwi. Zbieraliśmy w lesie jagody i grzyby, a na pastwiskach prawdziwe dzikie pieczarki. Czasem się trafiła kania. Najczęściej wracałyśmy do domu spóźnione, ale kto by tam robił nam wyrzuty o to, że nie było nas na obiedzie? - Na piecu zupa jest! – wołała gospodyni – I ziemniaki z obiadu! Nic więcej, bo na obiad były jajka sadzone na wielkich skwarkach, albo pierogi czy kluski. Tylko chłopy dostawały kiełbasę na gorąco czy kotleta.  

Szczawiówka Adeli

Mi zawsze wystarczała szczawiówka Adeli. Była gęsta od ziemniaków, żółtawych i jeszcze niewyrośniętych marchewek z ogrodu, cebuli i oliwkowo-zielona od siekanego szczawiu, który rósł… wszędzie. Koło domu i dalej za stodołą było mnóstwo kęp falujących, wąskich liści. Wystarczyło iść z nożem i z miską za stary sadzik. Wracając wypłukać pod studnią i zanieść do domu. Adela nie przemielała go przez maszynkę. Mielony jest fuj! Siekała nożem wraz z garścią kopru i wrzucała do wody z ziemniakami, z cebulą i marchewkami. A potem dodawała wielki garnek gęstej, tłustej i kwaśniej śmietany. I jeszcze obowiązkowo zostawiała nam w emaliowanym garnczku jajka na twardo. W upał nawet jej nie podgrzewałyśmy – była ledwo ciepła. Wlewałyśmy ją do emaliowanych, ponad półlitrowych misek i jadłyśmy na schodach ganku, bo taką miałyśmy fantazję. (Oczywiście śniadania i kolacje zawsze grzecznie przy stole z dorosłymi.) Ależ była pyszna! Moja szczawiówka jest z koprem i garścią siekanego, świeżego lubczyku

Wspomnienia najczulsze

Wczoraj telefon. Dzwoni wnuczka, że będą u nas w sobotę. - Jaką zupę chcesz? – pytam. Dzieci lubią kwaśne zupy, więc moje zawsze wymieniają pomidorówkę, ogórkową i szczawiówkę. Bo szczaw mam na łące. Też rośnie w kępach, teraz wiosną jasnozielony, piękny, soczysty! Moja szczawiówka jest z koprem i garścią siekanego, świeżego lubczyku, który też teraz jest soczysty, jasnozielony i delikatny. Znakomicie zastępuje kostkę maggi. Śmietana i jajko też są. I wspomnienia – zawsze. Te najczulsze, z dzieciństwa. Zastanawiam się czy, gdy już będę wspomnieniem, moje wnuczki westchną: „Zjadłabym taką szczawiówkę jak babcia robiła….”? Małgorzata Kalicińska