Smak Paschy trwa

Obiecałem Mistrzowi Waldemarowi, że w gawędzie coś w święta upiszę. Słowo się rzekło, kobyłka u płota, trza siadać do klawiatury. Jako, żem serowar to i coś z tej dziedziny być musi. Jednak zrobię małe ustępstwo, nie będzie to coś na kozim mleku a na krowim, bo z tego pierwszego byłoby tylko dla nielicznych a tak zjedzą wszyscy. Rzecz będzie o Paschsze, której na moim domowym stole w Święta Wielkiej Nocy braknąć nie może. Nasza dzisiejsza Polska to jeden wielki kocioł. Wszystko uległo po wojennym zamieszaniu pełnemu przemieszczeniu. Tak więc i dziwić się nie ma co, że ja Wielkopolanin piszę o tej słodkości, która tak charakterystyczna dla wschodnich kresów. Teraz przecież kiełbasę białą, która ma trafić do unijnego zestawu regionalnego jada się wszędzie. To i moja Pascha dziwić nie może. Na dobrych kilka dni przed Świętami nastawiłem dziesięć litrów krowiego mleka, zaprawiłem z serowarskiego obowiązku dobrymi bakteriami i pozwoliłem się rzeczonemu zsiąść naturalnie w pokojowej temperaturze. Gdy to się stało zlałem całość do dużego garnca i podgrzałem do temperatury niecałych 60 stopni czekając by skrzep wyskoczył. Tego delikatnie przełożyłem na chustę i pozwoliłem ocieknąć. Potem całość zawiązałem i zawiesiłem na kiju by pod własnym ciężarem doszła. Gdy twaróg był twardy, to jest na trzeci dzień procesu, dwukrotnie przemieliłem go przez maszynkę na najdrobniejszym sicie. Był gotowy podstawowy surowiec mojego słodkiego dzieła. Teraz trzeba było przystąpić do najcięższego zadania. Do makutry wbiłem dziesięć, dobrych żółtek od moich kurek, podsypałem cukrem i zacząłem ucieranie. Gdy już masa była jednolita rozpocząłem wrzucanie doń masła, też przez siebie zrobionego, więc było luźniejsze niż sklepowe. Całość musiała być gładka jak pupcia niemowlęcia, ani jednej grudki. Wtedy to rozpocząłem dodawanie twarogu ciągle ucierając. Rzecz brana na smak jeżeli chodzi o cukier. Ja jeszcze na koniec ucierania dorzucam dwie łyżki mojego miodu i wytrwale go wcieram by dobrze się rozprowadził. Teraz bierze się dory cedzak i wykłada lnianą szmatką. Na sam dół układamy bakalie – rodzynki, migdały, suszone morele, śliwki, wiórki kokosowe, na nie łyżką dużą masa serowa i znowu bakalie, tak do wypełnienia cedzaka. Szmatkę zakładamy by to co pod spodem widoczne nie było i kładziemy talerz odpowiedni wielkością, na niego deseczkę, ja mam pod kształt wyciętą, okrągłą i spory odważnik. Teraz Pascha musi swoimi smakami przechodzić w zimnej spiżarni i soki oddawać. Po nocy możemy ją na stół wyłożyć, odwinąć z płócienka i zdobić bakaliami z wierzchu, te jednak by twardością nie raziły należy przedtem sparzyć. Zobaczysz Szanowny Czytelniku, że gdy ten przysmak na stół podasz jedno puste talerze i to wylizane zbierać będziesz. Rzecz jasna pamiętać należy, że to bomba kaloryczna jest niezwykła, więc jada się ją tylko raz do roku, ale i tak potem dobrze jest pobiegać, na rowerze pojeździć by trochę tego nadmiaru zgubić. W tym roku będzie to o tyle łatwiejsze, że pogoda dopisała. Alleluja Wasz Wielkopolanin w Lublinie zakochany Marek Grądzki, fot. Dobromiła Tenerowicz-Grądzka