Skok w bok. Bar u Rubina w Narolu. Recenzja

O Rubinie krążą legendy. Wśród mieszkańców Roztocza, turystów i warszawskich hipsterków w różowych lub żółtych porteczkach i kusej marynarce. Legendę umocnił Zbyszek Kmieć na swym blogu Włóczęga i ogłosił, że Rubin jest Geniuszem.

0

Bar u Rubina. Tak to wygląda cenowo

Zbyszek, kiedy to głosił był jeszcze Włóczęgą, dziś w Zielonym Niedźwiedziu w Warszawie hipsterków (nie tylko) karmi. Wojciechowi Amaro doradza, węgierskie wina i winiarzy sprowadza. Ale za Roztoczem tęskni. I to bardzo. I właśnie opinia Zbyszka była powodem, że do Rubina zajrzeliśmy. A tam kto? Janek Babczyszyn i Hirek Błażejak, jeden z Poznania, drugi z zachodnich Kresów. Poprzedniego dnia wspólnie ocenialiśmy nalewki w Narolu. Potem wspólnie zjedliśmy śniadanie. My ruszyliśmy w drogę przez Bar u Rubina. Warszawa i Poznań została, zarzekając się, że po obfitym śniadaniu nic nie wtrząchnie. A obaj panowie szczupli, na dietach, dbający o linię.

Knajpa mieści się w prywatnym domu, obficie osłoniętym drzewami. Wejście z ganku, dwa pokoje i kontuar, za którym stoi Rubin. Stąd dyryguje kuchnią, przyjmuje zamówienia i toczy rozmowy z klientami. – Jedną kolorową daj. I zaraz wrócę. Dobrze, że przyszedłeś, bo myślałem, że jesteś chory – mówi Rubin. A dokładnie Pan Rubin. Jest tu królem.

Na ścianie menu, wystrój jak w porządnej knajpie geesowskiej z czasów PRL. Pan Rubin oprócz tego, że jest restauratorem, wyrabia wędliny, które można kupić na miejscu. Jaki i galaretę. I od tych darów bożych zaczęliśmy.

1

Talerz wędlin u Rubina. Kapitalny pomysł, wędliny wyrabiane na miejscu, domowe

Zagrycha

To kuszący pomysł, żeby zamówić setkę, do tego galaretę, albo talerz wędlin. To i to, bez setki zamówili Jan i Hieronim. Na gorąco wzięli bigos. Jako, że przy jednym stole zasiedliśmy – zaczęło się zamawianie i wzajemne próbowanie.

Na talerzu wędlin znalazła się wiejska, wędzony schab, tłuściutki boczek, szynka. Kiełbaska bez oczka, a szkoda. Boczek zacny. Szynka uszła. Najlepszy był schabik.

3

Zacne były także kanapki z salcesonem. Salceson mięsny, z kawałkami głowizny, sercem, jak należy

7

Nie zimne nóżki, tylko zimne golonki. Też dobre

Galareta mi posmakowała, że zamówiłem całą porcję. Z octem jak należy. Pan Rubin zrobił ją z golonki. Mięso smaczne, czerwone z akcentem saletry, ale galareta sztuczna. Nie taka, co to się spod nóżek wygotuje. Za to bigos do kitu. Zbiorowa ocena była jedna. Jedzie kapuchą. Jedzie nie tak jak trzeba.

2

Bar u Rubina. Żurek, a w żurku co: wiejska, boczek i szynka. Coś pięknego…

Zupy

M. zamówiła żurek, panowie żurek i fasolową. Fasolowa, której popróbowaliśmy, miała mało Jaśka, dużo makaronu. Lekko słona.

Za tu żurek był od serca. Już dawno nie jedliśmy żurku, w którym w wielkiej obfitości pławił się boczek, wiejska kiełbasa i szynka. Żurek był lekki, podlany rosołkiem z gotowanych wędlin. Na rano w sam raz.

6

Żeberko w sosie pieczeniowym

Żeberko i gołąbek

M. zamówiła gołąbka, panowie żeberko. Żeberko w sosie pieczeniowym, uczciwe, choć za słone. Gołąbek słusznych rozmiarów skryty był pod wyjątkowo dobrym sosem z pomidorów. Skórka była mocno spieczona, momentami przypalona. Taka ze spodu garnka. A ponieważ z gołąbków najbardziej smakuje mi to przypalone (tak jak w kiełbasce z rożna) byłem kontent.

5

Bardzo dobry gołąbek po narolsku

Nadzienie było świeżutkie, smaczne, pachnące, z dobrym mięsem. Kapusta dobra. Jeszcze raz o sosie. Wyglądało, że na włoskich pomidorach. Winny, aromatyczny, dobrze ziołami przyprawiony. Przyjeżdżać i brać.

4

Na deser talerz pierogów

Te pierogi też nas kusiły. Na forach przewija się bowiem motyw, że Rubin robi najlepsze pierogi w Unii Europejskiej. M. zamówiła ruskie i z kapustą.

Ruskie były słabe. Kiepskie ciasto, nadzienie bez smaku. Nic specjalnego. Jakby kucharkom zabrakło sera, dobre ziemniaki się skończyły, a skwarki z boczku wyszły.

Zupełnie inaczej miała się sprawa z pierogami z kapustą. Ciasto dobre, cienkie, elastyczne i udatne nadzienie z dobrej kapusty kiszonej. Pachnące.

Nasza ocena

Dla mnie miejsce bardzo klimatyczne. Teraz, kiedy już wiem, co jak smakuje, a zajrzę w te strony, zasiądę tu na dłużej. Na pogaduchy przy setce. Na salceson. Na żurek. Na karczek z rusztu, którego niestety nie było.

Jak to pięknie jest, że szanowany obywatel miasta jest jednocześnie restauratorem, właścicielem, kucharzem i masarzem w jednej osobie. Więcej, to coś pięknego, że Pan Rubin kontynuuje przedwojenne tradycje, kiedy taki model dobrej restauracji był na porządku dziennym.

A kiedy już będzie w Narolu (dawniej Florianowie) nie omieszkajcie westchnąć do św. Floriana, który góruje nad rynkiem, przyjrzeć się, jacy tu są dobrzy gospodarze a miasteczko zadbane, odwiedzić cerkiew Złożenia Szat Matki Boskiej, opuszczoną po wojnie, ostatnio uratowaną, odnowioną i przemienioną na miejsce wystaw i koncertów, w parku zobaczcie słynne krzyże bruśnieńskie. Jest jeszcze imponujący Pałac Łosiów z legendą o podziemiach i skarbach…

Waldemar Sulisz