Seweryn o smaku

Seweryn o smaku

W cyklu Rozmowy na Prowincji Waldemar Sulisz rozmawia z Andrzejem Sewerynem.  Myślę, że nic nie było mi łatwe w życiu. Nic. Naprawdę nic. Czułem coś podejrzanego w łatwiźnie. Lubię trud, lubię przeciwności. Jak coś się mi nie udaje, to jest to często inspirujące. W końcu owocne – mówi znakomity aktor.

We wspomnieniach mówi pan o biednym dzieciństwie?

– Nie mieliśmy środków do życia. Nie pochodzę z rodziny szlacheckiej, nie mam pradziadków arystokratów, rodzice nie byli wysokimi urzędnikami państwowymi, którzy mogliby cokolwiek zapewnić swoim dzieciom. W tym sensie pochodzę z biednej rodziny. Nie przelewało się. Nasz dom to było 27 metrów kwadratowych w Warszawie.

Jak spotkaliście się z Andrzejem Wajdą?

– Chodził na nasze dyplomy do szkoły teatralnej w 1967/8 roku. Nie wiem dokładnie, w którym przedstawieniu mnie zobaczył. Zaproponował mi udział w filmie według scenariusza Ireneusza Iredyńskiego. Miałem tam grać z Anną Prucnal, ale w końcu do realizacji filmu nie doszło. Kilka lat później Andrzej wezwał mnie na zdjęcia próbne do “Ziemi obiecanej”, tak to się zaczęło i do dziś – od czasu do czasu – jestem w kręgu jego aktorów.

To za jego sprawą trafił się panu wyjazd do Francji?

– Tak, bo to Andrzej Wajda zrobił w 1980 roku przedstawienie w Nanterre pod Paryżem. Od tego zaczęło się całe moje francuskie życie. Mój pobyt we Francji przedłużył się.

Stał się pan znany, Jacques Lassalle, dyrektor Comédie-Française, który przygotowywał “Don Juana”, obsadził pana w głównej roli. Jako trzeci cudzoziemiec w historii został pana zaangażowany do jednego z najbardziej prestiżowych teatrów na świecie. Talent, pracowitość, szczęście?

– Nie do mnie należy wyjaśnianie tego faktu. Siłą rzeczy jestem mało obiektywny. Jedno jest pewne, że na pewno jakieś szczęście miałem, jadąc do Francji z Wajdą, w otoczeniu jego opieki. Dzięki temu mogłem być bardziej znany w środowisku teatralnym. Filmy Andrzeja były wtedy bardzo znane, była moda na Polskę, a nasz kraj dostrzegano, szanowano.

Musiał pan perfekcyjnie mówić po francusku?

– Wie pan, do dzisiaj uczę się francuskiego. Myślę, że nic nie było mi łatwe w życiu. Nic. Naprawdę nic. Czułem coś podejrzanego w łatwiźnie. Lubię trud, lubię przeciwności, jak coś się mi nie udaje, to jest to często inspirujące, w końcu owocne.

Jaki jest smak Francji?

– Na pewno smakiem Francji jest wino, ale tyle złego wina piłem we Francji, chociaż czasami zdarzało mi się pić wina takie, których już nigdy później na świecie nigdy nie poczułem. Smak Francji to też smak wsi na południu czy na północy, które nie mają nic wspólnego ze smakiem wsi polskiej. Wieś francuska, to, co się nazywa village, to wąskie uliczki, wielka ilość zadbanych cmentarzy, czystość. Nie mam we Francji jednego szczególnego miejsca, nigdy nie miałem tam domu, do którego mogłem sobie jeździć. Zresztą, nie wiem, czy byłbym w stanie posiadać dom.

Tam?

– Nie, w ogóle. Na razie mi się tak nie złożyło.

Ser to także smak Francji?
– Niekoniecznie. Znam sery szwajacarkie, sery hiszpańskie, sery włoskie. Kiedy się jest w sklepie z serami we Francji, ma się wrażenie, że to jest Francja.

Wracając do wina. Wino ma duszę?

– Trzeba pewnie spytać wino. Nie wiem, czy wino ma duszę. Na pewno powoduje stan szczególny i nie mówię tu o alkoholu ani upojeniu alkoholowym. Wie pan, w Francji wino to jest osobny świat. To jest tak, jakby powiedzieć świat piłki nożnej we Francji, świat rugby. Otóż wino to jest osobny świat. Liczba producentów, sposób, w jaki oni żyją, sposób, w jaki oni pracują – to jest świat dla mnie kompletnie niedostępny. Czasami w jakiś zamkach można dotknąć tego świata, który jest odzielony od takiego szarego człowieka jak ja. To jest cały system życia, reprezentowania Francji, interesów. Japończycy, którzy kupują wina lub całe winnice, pewnie wiedzą więcej niż ja w sprawie wina. To jest tradycja, to są setki lat. Tak jak Armagnac. Jak ja piję Armagnac, to cała historia mi się przewija. Nie wiem, czy on ma duszę, ale jest w nim zapisana historia Francji.

I tak jak dąb, z którego wykonano beczkę, w której leżakuje koniak, oddaje mu całą swoją historię, tak i dobre wino oddaje człowiekowi swoją historię i dobroć?

– Tak, jestem o tym przekonany.

Osiągnął pan w życiu harmonię?

– Trudno powiedzieć. Pewnie jeszcze nie. Tak, jeszcze nie.

Miłość to?

– Proszę pana… Miłości jest setki milionów. Natomiast moja jest tajemnicą. Zresztą, jest tyle definicji. Na ogół mówi się, że jest to dbanie o dobro drugiej osoby, akceptacja. Takie definicje, które dla mnie są definicyjkami. Św. Paweł mówi o tym inaczej, a Ryszard Kowalski, który bije kobietę za płotem, a ona go kocha – inaczej. Pewnie lepiej mówić o tym, czym powinna być miłość. Na pewno nie biciem kobiety. Łatwiej mówić o miłości, trudniej ją przeżywać. To są bardzo złożone procesy. Jak wiecie dokładnie, co to jest miłość to się cieszę. Ja nie wiem. Albo inaczej, wiem, że to jest dość skomplikowana sprawa.

Ma pan dom, rodzinę, kogoś bliskiego przy sobie, z drugiej strony, mówi pan, że nie byłby pan w stanie posiadać domu?

– Mam swój dom i tyle. Na więcej wynurzeń pan mnie nie namówi.

Dom to jest przystań, do której się wraca?

– Tak, ale co: mam teraz wejść w tę szufladkę, schemat przystani? Nie wiem, czy to jest przystań. To jest miejsce, które się buduje.

Komu pan kibicuje?

– Olympique Marsylia, w NBA zawsze obchodził mnie los Chicago Bulls, bo tam grał Michale Jordan.

A w lidze polskiej?

– Żaden z polskich klubów nie ma żadnych szans, żeby jakąkolwiek rolę odegrać w Lidze Mistrzów. A polska reprezentacja nie ma najmniejszych szans, żeby odgrywać jakąkolwiek rolę w mistrzostwach Europy czy mistrzostwach świata.

Przecież kiedyś odgrywała?

– I co z tego. Odgrywała, a teraz nie odgrywa, bo nie umiemy grać i tyle. Trzeba się zacząć uczyć grać w piłkę. Boniek jest od tego, są inni. Justyna Kowalczyk to jest poważny polski sport. Ale nie ci milionerzy od piłki nożnej. Dajmy spokój, to jakaś groza, udawanka wielkości.

Dalej pan robi po 150 brzuszków? Nienaganna figura, młodzieńczość. Jakaś specjalna dieta?
– Widzi pan, co w tej chwili robię.

Je pan torcik wedlowski.

– No własne, to jest przecież skandal. Niewskazane.

Podoba mi się pana zdanie: Z racji wieku nie mogę już podskakiwać i szybko biegać.

– Szczera prawda.

Boi się pan choroby, umierania?

– Bardziej choroby niż umierania. Umieranie, no cóż, Pan Bóg zdecyduje i koniec. A z chorobą człowiek się musi męczyć.

Jest pan marzycielem?

– Nie wiem, co to znaczy. Kiedy jest się dyrektorem teatru, to trzeba mieć marzenia. I zdawać sobie sprawę z tego, że tylko połowa będzie zrealizowana. Ale trzeba marzyć.
• O czym?
– Żeby sezon jubileuszowy w Teatrze Polskim toczył się tak, jak toczy się do dziś. I żeby w 2014 roku moje plany zostały zrealizowane.

Powie pan o nich?

– Za wcześnie.

W życiu trzeba się czegoś trzymać?

– W jakiś sposób mnie wychowano, udolnie czy nieudolnie i próbuję według tego w życiu funkcjonować. Trzymam się tego wszystkiego, co mi przekazano, czego mnie nauczono, czego sam doświadczyłem. Trzymam się rezultatów moich doświadczeń.

Najważniejsza nauka z domu rodzinnego?

– Szacunek dla innych. I szacunek dla pracy.

Smak życia?
– Może smak dobrej sałaty, dobrego wina, ostatnio dobrej wody. Niewiele.

Waldemar Sulisz

Fotografia: Encyklopedia Teatru Polskiego.  Rozmowa ukazała się w Magazynie Dziennika Wschodniego.

Dodaj komentarz