Pub Regionalny Św. Michał w Lublinie. Recenzja

„Pub Regionalny św. Michał” to stosunkowo młody lokal w którym można przekąsić coś regionalnego zapijając przy tym lokalną popitką. Znakomita lokalizacja – vis a vis - placu po Farze, dała początek nie tylko nazwie lokalu,  ale wydawać by się mogło opiekę jednego z najpotężniejszych z Archaniołów. O słuszności takiego, a nie innego nazewnictwa dywagacji nie podejmuję.  Kuchnię tej lubelskiej restauracji poznawałem powoli i stopniowo. Pierwsza wizyta rozpoczęła się od genialnych flaków zapiekanych pod chlebem i podawanych w rozgrzanym rondelku. Przebicie się łyżką przez okrywające wierzch naczynia pieczywo wyzwoliło nieziemskie aromaty, które powaliły mnie na kolana! Imbir, czosnek, majeranek... Esencjonalne, aromatyczne i treściwe wnętrze rondelka sprawiły, że zakochałem się we flakach na nowo. I to od pierwszej łyżki…W środku przepyszne pulpety! zeberko Popisowe danie "Michała", ostatnio niespostrzeżenie podrożało Żeberka które zamówiłem na drugie nie miały szans! I wcale nie dlatego, iż były niesmaczne! Porcja flaków była po prostu tak solidna, że z powodzeniem wystarczyła aby najeść się do syta! No, może gdybym jeszcze nie zagryzał chrupiącym mini cebularzem…? Przepysznym swoją drogą…A żeberka wyśmienite! Dojadałem w domu. Drugie podejście rozpocząłem od placka ziemniaczanego z gryką i gulaszem. Wewnętrznie biłem się z myślą, żeby po raz kolejny nie zamówić flaków. Kiedy na moim stole wylądował placek z wołowym gulaszem pomyślałem, że w kuchni pracuje geniusz! Chrupiące brzegi placka, olbrzymia ilość mięsa, świeża zielenina…Ach, ech… I znów porcja której nie mogłem pokonać. Placka wykańczałem                         w domu i to na dwa podejścia! Kiedy zawitałem do św. Michała po raz trzeci biłem się już z dwoma myślami! Nie zamawiaj flaków bo nie dasz rady zjeść nic ponadto i daruj sobie placka z gryką. Lepiej wypróbować coś nowego…No i przyszedł czas na szaszłyk królewski. Szaszłyk podany iście po królewsku. Olbrzymie porcje wieprzowiny przywędrowały na specjalnej konstrukcji z korbką umieszczonej nad gorącym płomieniem. Urokowi tak podanego szaszłyka sprzyjała nocna aura. Aż się chciało pokręcić korbką i zaśpiewać jak za dawnych harcerskich lat „Płonie ognisko i szumią knieje…” Niestety ogień wygasł równie szybko co czas oczekiwania na danie. Nie pomyliłem się. Wieprzowina była niedopieczona, niesłona a plasterki słoniny między poszczególnymi kawałkami mięsa nawet nie zdążyły się nadtopić. Do szaszłyka podano nijakie surówki, gotowe frytki i nieodgadniony smakiem sos. Ni to czosnkowy, ni śmietanowy…Takie „papu” dla dzieci. Czułem się lekko zawiedziony, ale tylko lekko! Kolejna wizyta u św. Michała przypadła na czas odbywającego się Europejskiego Festiwalu Smaku. A skoro czas wyjątkowy i smaczny zarazem, na najlepsze flaki w Lublinie postanowiłem zabrać moją dobrą znajomą. Pomimo tłoku jaki panował na Starym Mieście udało nam się dostać stolik na zewnątrz. Przedłużający się z minuty na minutę czas oczekiwania na danie umilał nam program artystyczny odbywającej się nieopodal imprezy. Nie przypieką tego chleba – myślałem? Nie przypiekli! Próba przebicia się łyżką przez blade tym razem ciasto zakończyła się akcją „trafiony – zatopiony”! Niedopieczone, niemal surowe ciasto ciągnęło się w zupie niczym mozzarella na włoskiej pizzy! Flaki jakieś kwaśne, wodniste i mało treściwe! Pulpety owszem obecne, ale samych flaków jak na lekarstwo. Zero aromatu! Nie poczułem ani czosnku, ani imbiru, ani majeranku! Ani nawet gałki muszkatołowej! Poczułem za to niesmak! Tym większy, iż niejako sam podpisałem się pod tym daniem, rekomendując je jako najlepsze flaki w mieście! Co się stało? Wyglądało to tak, jakby ktoś chciał przedłużyć życie kończącym się flakom dolewając wody. No, bo skoro klientów moc, woda tania jak barszcz to czemu nie? Do tego trochę koncentratu pomidorowego dla koloru (co by tłumaczyło kwaśny posmak) i interes się  kręci! Może pomysłodawcy liczyli na to, że w tym dniu goście będą raczej przyjezdni i niewielu z nich powróci tu kolejny raz? A co ze stałymi klientami? Stali klienci zawiedli się! Jeszcze tego samego dnia, ale już wieczorową porą wróciłem tu po raz kolejny. Tym razem z kolegą na piwo. Na pytanie czy są jakieś wolne stoliki, kelnerka wzruszyła ramionami i odpowiedziała że nie wie! Niechciani i nieproszeni znaleźliśmy stolik na górze. Tym razem zamówiłem forszmak i sytuacja znów się powtórzyła. Wodnisty, bez smaku i próżno było szukać jakichś mięsnych śladów. Woda z koncentratem, pokrojony ogórek i ze dwa skrawki wędliny! Współtowarzysz zamówił placka z gryką i gulaszem i choć zapewniał że danie było smaczne, to na moje oko nie wyglądało jak zawsze. Rozgotowane mięso wraz z sosem przypominało jednolitą masę z której ciężko było odróżnić poszczególne kawałki mięsa. Honor jak zawsze uratował chrupiący, pachnący cebularz. A po forszmaku pozostał niesmak i ostra niestrawność która zaatakowała mnie niedługo po konsumpcji. Kolejne wizyty u św. Michała nie napawały mnie już takim entuzjazmem. Ale i tak wróciłem tu kolejny raz. Już nie na flaki, nie forszmak ani placek ale coś zupełnie nowego. Był piątek, wybrałem więc dorsza po lubelsku który miał rozstrzygnąć prawdziwy dylemat. Na olbrzymim talerzu otrzymałem równie ogromne danie. Dorsz zatopiony w omlecie podany z frytkami, surówką i sosem „czosnkowym”(?) Pierwsze wrażenie? Danie wyglądało zupełnie identycznie jak „schabowy po lubelsku” konsumowany przez mojego współbiesiadnika podczas jednej z wizyt w tym miejscu. Pierwszy kęs i… zupełny brak smaku! Totalny brak soli odebrał mi całą przyjemność konsumpcji tej smacznej ryby. Sos „czosnkowy” ten sam co przy szaszłyku po królewsku! Ni czosnkowy, ni śmietanowy! W konsystencji przypominający krem do rąk. Gotowe frytki z mrożonki dopełniłyby szalę goryczy gdyby nie fakt, że to jeszcze nie wszystkie niespodzianki jakie czyhały na mnie tego dnia! Usmażona w omlecie ryba była bowiem źle sprawiona i nieuważna konsumpcja zagrażała mojemu życiu. Ja rozumiem, że w przypadku kiedy zamawiam rybę w całości mam świadomość, że muszę uważać na ości. Kiedy jednak kucharz podaje rybę zamkniętą w omlecie wysyła mi sygnał, że mogę ją zjeść bezpiecznie! Tak się jednak nie stało! O Święty Archaniele Michale…!!! Jak tu podsumować? Kuchnia św. Michała potrafi zaskakiwać smakiem, aromatem i pełną kulturą obsługi, ale trzeba być przygotowanym, że będzie zupełnie odwrotnie! Trochę przypadkowo, jak w rosyjskiej ruletce. Jednego dnia naprawdę smaczna surówka, innego zupełnie bez przypraw. Z jednej strony wielkie show na talerzu a z drugiej brak takowego odzwierciedlenia w smaku. I jeszcze te naczynia. Każdorazowe zetknięcie sztućców z talerzem czy rondelkiem wytwarza zgrzyt wywołujący zimne „ciary” na plecach.  Przydałoby się też wymienić zepsute krzesła w ogródku, lub chociaż położyć na nich poduszki. Siadając na takim krześle człowiek zapada się niemal do ziemi a trudno odnaleźć przyjemność w jedzeniu mając blat stołu pod brodą. Nie skreślam Pubu Regionalnego św. Michał z listy moich ulubionych restauracji. Mam nadzieję, że była to tylko chwilowa niedyspozycja a kucharze pracują nad udoskonaleniem swoich dań. Będę więc tam zaglądał i mam nadzieję, że w niedalekim czasie zjem tam przepyszne pierogi. Arkadiusz Jurek