Odszedł Król Życia

Kiedy zobaczyłem czarno białe zdjęcie w internetowym wydaniu gazety zatkało mnie, nie chciałem w to uwierzyć. Jak to, dlaczego, czemu? To już na kolejnym lubelskim festiwalu już go nie zobaczę? Już nie przyjdzie pod mój namiocik żeby powiedzieć – Marek, jak skończysz masz mnie szukać, gdzieś będę, pójdziemy wódeczkowym szlakiem. Kończyłem późno, kupujący sery przychodzili póki na dworze nie zapadała ciemność. Na szczęście Piotr też nie próżnował, trzeba było ustawić spektakl, dokonać ostatnich szlifów.

Spotykaliśmy się na Rynku, wśród jeszcze otwartych straganów. Teraz trzeba było poszukać wolnego stolika i to nie z jednym czy dwoma miejscami. Za Piotrem ciągnął bowiem cały sznur przyjaciół, znajomych. My jednak siadaliśmy w kącie jako pierwsi, reszta nadciągała później. Piotrek pytał – mam nadzieję żeś się nie przeżarł serami, wiesz, że ja za nimi nie przepadam, wolę coś konkretnego. W pierwszej kolejności na stole lądowała flaszeczka i to mocno zmrożona, najlepiej trunek przepędzony z kartofelków. Piotr był koneserem i byle czego nie pijał. Potem byłą przystawka. Zdarzała się jakaś zupka, wszystkiego nie za dużo, żeby posmakować, potem drugie danie, najlepiej jakiś przysmak miejsca gdzie siedzieliśmy. Najważniejsza byłą jednak rozmowa. To król dygresji. Potrafił rozpocząć od gumy do żucia a skończyć na wybuchu wojennego konfliktu. Wszystko zaś było ze sobą logicznie powiązane. Taaa, twoje sery dobre, ale wiesz, że ja za nabiałem nie przepadam, ale przygotuj mi kilka paczek twojej ricotty, bo wiesz, że ja muszę się odchudzać a to mało tłuszczowe. Te jego ciągle walki z wagą, zresztą z góry skazane na przegraną. Piotrek po prostu lubił jeść a czynił to ze maestrią. Przyjemnością było nie tylko czytać jak o jedzeniu pisał ale i patrzeć jak się nim delektował, jak potrafił zdiagnozować to co miał na talerzu. Mistrz ciętej uwagi, niemniej jednak pełen delikatności i taktu. Nieraz zmienialiśmy lokal bo to co nam podano nie odpowiadało jego wyszukanemu podniebieniu. Marsz po Lublinie kończyliśmy na Rynku w którymś z ogródków czekając, by dobił do nas najbardziej zapracowany w te dni w Lublinie człowiek Waldek Sulisz. Wtedy, by wódeczki nie nadużyć a nigdy nie widziałem Piotra z przekroczoną granicą, wypijaliśmy po kieliszku, no może dwa białego wina. Wszak niedługo miał nadejść świt, wtedy spektakl, ja sery. Piotr do cholery jak mogłeś nam to zrobić! Bez Ciebie Lublin nie będzie już taki sam. Gdy czytam Twoją dedykację, którą wpisałeś dla mnie i mojej Kaśki na Balbinie Przepiórko na kartkę kapią łzy. Przecież chłopaki nie płaczą. Ale ja z żalu i tęsknoty za Tobą ryczę. Do zobaczenia Piotr, przecież to się nie może tak skończyć. Kiedyś się zobaczymy by na niebiańskich chmurkach siąść i wysączyć flaszeczkę tamtejszego nektaru.

Marek Grądzki