Gorące nóżki



Dzisiaj naszło mnie na świńską nóżkę. Na gorąco! 
Kupiłam sobie, bo mąż ma na taki specjał „krzywe oko”, choć na przykład golonkę lubi. Może bardziej mięso, ale i ciut tłuszczyku zje i kawałek skóry, choć niezbyt lubi. Ja uwielbiam!
 Scenka pierwsza:
 Tomek złamał nogę i leżał w szpitalu. 
Ewa poszła do lekarza prowadzącego, z wielką troską i z pytaniem: co robić? Co ona, żona może zrobić, żeby Tomek się szybciej zrastał? Znaczy tomkowa noga, rzecz jasna. 
Ortopeda jej na to:
 - Proszę kupować giczki cielęce, gotować długo i skarmiać chłopaka. Czy to rosołem, czy galaretą, obojętne. Naturalny kolagen! Nic lepszego nie ma. 
Tomek do dziś nie cierpi galarety… Scenka druga:
 Apteka. Ja do pani aptekarki (jesteśmy same):
 - Proszę mi powiedzieć, ale szczerze, są jakieś specyfiki na receptę lub bez, naprawdę poprawiające stan chrząstki? Bo kuzyn ortopeda mi mówi, że te wszystkie suplementy reklamowane to ściema, że te reklamowane składniki nie przenikają do chrząstki ot tak i nie odbudowują jej. 
- I ma poniekąd rację. Tu ma pani mocno reklamowany środek w saszetkach. 
30 sztuk za 50 PLN! Saszetka 10 g kosztuje…1,60 a zawiera zwykłą żelatynę. To dopiero ściemka, co? A opakowanie żelatyny 50 g kosztuje 2.60 PLN. A teraz najważniejsze: żelatyna jest TRAWIONA w żołądku i nie ma żadnych badań mówiących, że żelatyna spożywcza po rozcieńczeniu wodą i wypiciu odbuduje chrząstkę. Lepiej jest odżywiać organizm naturalnie, wywarami z chrząstek, czyli rosoły, galarety, salcesony. Najtańszy lek na stawy, to świńskie nóżki! 

Lubię taką szczerość.
 Nie dam rady jeść galarety codziennie na moje stawy już nieco złachane, ale jem długo gotowany rosół, czasem właśnie galaretkę czy salceson, ale dzisiaj naszło mnie na świńską nóżkę. Na gorąco! 
Kupiłam sobie, bo mąż ma na taki specjał „krzywe oko”, choć na przykład golonkę lubi. Może bardziej mięso, ale i ciut tłuszczyku zje i kawałek skóry, choć niezbyt lubi. Ja uwielbiam! Wracajmy do nóżki. Nacinam ją, żeby się w gotowaniu nie pokręciła zanadto, choć i tak ona się pokurczyć musi. Wrzucam do garnka na kilka godzin jak mam czas, a jak nie, to do szybkowara. Dodaję liść laurowy, ziele angielskie, sól, przepołowioną główkę czosnku i jak mam kawałek marchewki, cebulę… 
Trzeba tę nóżkę bardzo mocno rozkleić. Potem położyć na talerzu, wyjąć z lodówki chrzan i ….zjeść z rozanieleniem na twarzy te wszystkie zgalaretowaciałe chrząsteczki, skórę i co tam jeszcze jest, dość niedbale wysysając kostki, bo przecież koło stołu siedzi pies i patrzy mi na ręce i na usta. Oczywiście dostaje swoją porcję łakoci – kosteczek z kolagenem 😊 
A czytałam też, że Francuzi nacinają taka nóżkę wzdłuż i jeszcze jakoś tak, żeby ona się nie pokurczyła zanadto, i po rozklejeniu jej totalnym (2 – 4 godziny) wyjmują kosteczki, maczają w rozmąconym jajku i bułce tartej i … smażą na tłuszczu (Smalec? Masło?). 
Do tego etapu jeszcze nie doszłam, ale namawiam do spróbowania. A, i jeszcze: W Korei Pd na ulicach można kupić takie nóżęta a i małe (przednie) goloneczki, tez rozgotowane, rozklejone pysznie i tylko ...dodatki inne. Wg mnie to tam, w wywarze jest poza solą, miód albo cukier, sos rybny, imbir i chili. Zjada się to z maczanką typu ponzu, ale na koreańska nutę czyli sos sojowy, ocet mirin albo jabłkowy, wiórki czosnku, dymki i świeże chili. Diabeł tkwi w dodatkach. Małgorzata Kalicińska