Musi Sushi

Musi Sushi

Aż się wierzyć nie chce, że restauracja przy stacji benzynowej może karmić z fantazją. A nawet pozwoli wyruszyć w podróż do Japonii. A, że to dziś modny kierunek także w stylu życia, przystanek “Północna 30 A” to ciekawy adres. Jak gotuje szef kuchni Marcin Jarocki? Błyskotliwie, ale nierówno.

Coraz głośniej o filozofii  wabi-sabi. Najkrócej to akceptacja niedoskonałości. Wabi-sabi czerpie z zen i ceremonii parzenia herbaty. Nierówność porcelany była czczona przez Mistrzów. Co możemy wziąć z japońskiej filozofii? Akceptację tego, na co wpływu nie mamy i dostrzeganie piękna w ułomności i niedoskonałości.

W Musi Sushi pojawiliśmy się z okazji tastingu podczas Restaurant Week. Ich festiwalowe menu na stronie festiwalu należało do najbardziej intrygujących. W dodatku z okazji festiwalu w kuchni pojawił się pan miecznik, który do tej pory w karcie nie gościł. Miecznik intrygował, bo w Lublinie można zapolować na świetnego tuńczyka (w białym i czarnym sezamie cudownie przyrządza go szef Jarek Sak), ale miecznik w restauracji pojawia się okazjonalnie, znikając jak meteor.

Japońska kuchnia do pawilonu przy stacji benzynowej pasuje jak pies do jeża. Wnętrze daje rady, po sąsiedzku w tej samej sali (podzielonej na pół)  jest restauracja Kuźnia. Jakby komu sushi nie podeszło, może poprawić solidną michą. Na przykład “kurką z kija”. Na ścianach japońska grafika. Na parapetach symboliczna ceramika (lekko obtłuczona). Widok przez okno smętny, bo szyby brudne jak w autobusie PKS, kursującym do Świdnika. Kelnerki bardzo miłe, podoba się szlachetna dawka skromności. Ale do rzeczy.

Futo maki, dobre, acz nie do końca

Na przystawki poszły: “Futo maki na czarnym ryżu z warzywami w tempurze i krewetkami smażonymi w maśle czosnkowym” oraz “Marynowane Tofu w panierce panko z sosem Ponzu”. Futomaki, grube rolki z warzywami, z czarnym ryżem zgrały się jak trzeba. Krewetki wyszły dobre, ale zimnawe. Generalnie danie grzeszyło dyskretną pochopnością.

Marynowane Tofu w panierce panko z sosem Ponzu bardzo dobre

Honor szefa uratowała druga przystawka. Marynowane tofu było doskonałe. Dobrą robotę uczynił tu sos Ponzo. To mieszanka sosu sojowego, soku z cytryn i winnego octu. Na takie tofu wrócimy.

Jak z drugim daniem? Do wyboru był “Grilowany stek z miecznika w sosie z japońskiego pieprzu górskiego Sansho z czarnym ryżem i sałatką z fasolki sojowej Edamame” oraz “Smażone krewetki w sosie z masła orzechowego oraz miso podawane z czerwonym ryżem i panierowanymi glonami Wakame”. Postawiłem na miecznika, M. na smażone krewetki. Idea miecznika była doskonała. Warto wiedzieć, że  miecznik ma bardzo delikatny smak, co więcej, intrygującą strukturę mięsa, całość przypomina dobrego, zagrodowego kurczaka.

Tuńczyk do chrzanu

Złożenie szlachetnego mięsa z genialnym smakiem Edamame i czarnym ryżem w punkt. Tylko co z tego, skoro stek z tuńczyka był ledwo ciepły, natomiast ryż wystygł. Sam stek miał wyborny smak, ale co z tego. Szefie, załogo, nie wolno tak wspaniałemu daniu tak robić. 

Krewetki z masłem orzechowym bardzo, bardzo

M. trafiła lepiej. Krewetki na maśle orzechowym miały prawidłową temperaturę. Połączenie krewetek i masła orzechowego – przepiękne. Same krewetki nie były złe, choć lepsze jakościowo zdarzyło się w Lublinie jadać. Czerwony ryż ciekawy, sos idealny, panierowane glony Wakame w odcieniach słodyczy – piękna sprawa. Całość dopracowana, sprawiała przyjemność, w połączeniu z łykiem zielonej herbaty z ryżem – polecamy.

Lody z czarnego sezamu obłęd

Desery. Je oceniliśmy najwyżej. Ja postawiłem na “Brownie ze słodkiej fasoli Azuki w syropie z zielonej herbaty wiśniowej z lodami z czarnego sezamu”, M. na “Tiramisu z zielonej herbaty Matcha z owocami śliwki chińskiej”. Japończycy nie bez powodu używają fasolki Adzuki (restauracja pisze azuki) do przyrządzania deserów. Brownie (najlepsze podaje Kardamon) było smakowite, ale zabrakło mu wilgotności – co przy brownie gra dużą rolę. Syrop z zielonej herbaty wiśniowej – miodzio. Ale lody z czarnego sezamu przeszły siebie. Były genialne. W końcu kucharze pokazali klasę. Szacunek Szef.

Tiramisu z zielonej herbaty, piękna sprawa

A Tiramisu? Potężna porcja słodyczy. Herbatę Matcha uwielbiam. W domu pijemy ją z mlekiem kokosowym wmiast kawy (matcha latte). Matcha dotarła do Japonii z Chin dzięki buddyjskim mnichom, którzy używali jej do tradycyjnej ceremonii herbacianej już w XII wieku. Istnieją dwie odmiany tej nieziemskiej herbaty: ceremonialna i kulinarna. W kuchni japońskiej jest składnikiem wielu potraw, w tym wykwintnych sosów i deserów. Tiramisu zrobione z herbaty Matcha okazało się gęste, pełne smaku, bardzo sycące. Chińska śliwka (przypominająca lichi) skomponowała się tu cudownie. W tej obfitości smaku zbrakło trochę japońskiej zwiewności. Ale szacunek.

Podsumowanie? Jedna jaskółka wiosny nie czyni. Jedna wpadka z miecznikiem nie przesądza sprawy. Wizyta w Musi Sushi – w ramach Restaurant Week – pozwoliła odbyć nam w miarę intrygującą podróż do krainy kwitnącej wiśni. Momentami – podróż cudowną.

***

Waldemar Sulisz, fot. Małgorzata Sulisz

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz