Moja wolność

Mam prawie osiemnaście lat i upajam się nadchodzącą wolnością. Już za chwilę będę miała dowód i wtedy rodzice będą mogli mi skoczyć. Wyrwę się w końcu z tego grajdoła na prowincji, gdzie wszyscy się znają i wszystkich oceniają. Oczekują, że każdy będzie się tak samo ubierał, modlił i jadł. Wyjadę jak najdalej stąd, bo tu wszyscy myślą podobnie, a każde oderwanie się od przyjętej normy jest napiętnowane. Będę wolna, polecę w świat. Najpierw na studia. Tam poznam prawdziwą kulturę, światową, tę zakazaną. Będę wśród ludzi takich jak ja, którzy dotąd dusili się na prowincji. Może zostanę buddystką, a może artystką? Homeopatką i wegetarianką. Mój chłopak będzie studiował architekturę, będzie projektował zupełnie nowe osiedla, w których wolni ludzie będą mogli żyć inaczej niż dotychczas. Razem będziemy przekraczać wszelkie bariery, burzyć mury i czerpać z życia to, co w nim najlepsze. Świat się zmienia, walczymy z komuną, nosimy oporniki. Wierzymy, że Solidarność zwycięży, że Wałęsa nas oswobodzi. Zaczął się rok 81. Późna noc na prowincji. Leżę na wersalce w stołowym, na tej samej, na której czasem, gdy urywamy się ze szkoły, kochamy się. Szybko, na wariata, żeby zdążyć przed rodzicami wracającymi na obiad. Niedawno pisałam maturę z polskiego, a jutro mam ustne i za chwilę będę wolna. Zaczynam się poważnie martwić. Moja maturalna spódnica jest z dnia na dzień coraz ciaśniejsza, okres się spóźnia, na widok twarogu z rzodkiewka zaczynam się niezdrowo ślinić. Poszłam prywatnie do ginekologa, zapadł wyrok: jestem w ciąży. Cały świat się wali. Nie mogę mieć dziecka, nie chcę, nie wychowam. Zabiję się. Rodzice mi nie pomogą, bo sami stale pracują. Mamy dwa pokoje, w tym jeden przejściowy. Jak mielibyśmy mieszkać tu z chłopakiem, z dzieckiem, małą siostrą i rodzicami. W tych warunkach? Do tego chory dziadek za ścianą. Dziecko w tym momencie to koniec moich wszystkich marzeń i planów. Koniec szczęścia. Nie tylko mojego. Moj chłopak również pragnie być wolny, zmieniać świat podróżować, poznawać, kształcić się. Nie chcę go wiązać. Mój mózg i moja dusza krzyczą: usuń. Skoro mózg jest częścią mnie i nie ma wątpliwości, by się pozbyć niechcianego płodu, to czy jest mniej ważny w swym krzyku od macicy. Czasem, gdy jajko jest wadliwe lub sperma nie taka, macica sama pozbywa się już zapłodnionych komórek. Takich samoistnych poronień jest wiele w życiu kobiety, więc tym razem zadecyduje inny organ. Ma przecież prawo, jest częścią tego samego systemu i wie, co jest dla mnie i dla niechcianych, niepotrzebnie połączonych komórek najlepiej. Jedynym problemem są pieniądze. Na szczęście mogę liczyć na chłopaka. Idziemy prywatnie na zabieg. Z ulgą odkrywamy, że prywatny, czyli wolny system działa bezbłędnie. Forsa na stół, żadnych pytań, dostaję do żyły jakiś cudowny narkotyk, po którym odpływam w poczuciu, że ktoś się mną profesjonalnie zajmuje. Zabieg trwa krótko. Potem chwile odpoczywam. Narkotyk niestety przestaje działać. Jestem zdziwiona, że nic mnie nie boli. Wracam na piechotę do domu, nawet nie spóźniam się na obiad. Nikt niczego nie podejrzewa i nigdy się o tym nie dowie. Nie mam żadnych komplikacji ani moralnych rozterek. Jestem znów wolna i to jest dla mnie najważniejsze. Mam 20 lat. Mój chłopak ginie w wypadku samochodowym. Jego śmierć wpędza mnie w nowy wymiar. Nigdy nie myślałam jeszcze o końcu, ani o tym że tak szybko i niespodziewanie, w moje sny i marzenia może stuknąć na pustej drodze jakiś obcy samochód, że tak wygląda koniec. Szukam jakiegoś sensu, wytłumaczenia. Przez moment żałuję, że nie pozostawił po sobie dziecka. To był tylko moment, bo życie wyrywa mnie śmierci i woła do siebie. Przygnieciona, zniszczona, wkrótce zaczynam się odradzać, a nawet kwitnąć. Jestem znów zakochana. Dojrzalsza, mądrzejsza, bardziej uważająca, korzystam z seksu jak z eliksiru, który poprawia nastrój i zbliża mnie do ukochanego. Strach przed ciążą nie istnieje. Na szczęście. Mam 28 lat. Moje ciało zdecydowało się na ciążę. Leżę w moim londyńskim, małżeńskim łóżku i rozmyślam, co będzie. Żołądek się lekko buntuje, ale jajniki i macica siedzą zadowolone i cichutkie jak trusie. A mózg? Tyle już się nastudiował, dowiedział, poznał. Jest już gotowy. Całą sobą, dusza i ciałem cieszę się razem z mężem na urodzenie dziecka. Jesteśmy gotowi do miłości i do poświęceń. Alina Frymorgen