Migrantka

Minęło 30 lat odkąd z ciężką torbą wylądowałam na Heathrow. Wiedziałam, że wyjeżdżam na zawsze. Był rok 86, smutny koniec stanu wojennego, pustki w sklepach i brak perspektyw na lepsze życie, nawet po studiach. W jakiejś prywatce kupiłam pierwszą w życiu torbę na kółkach “Made in Poland”. Był to ortalionowy, wielki cylinder przybity do kawałka sklejki, pod którą przyczepiono małe kołeczka w aluminiowych okuciach. Mama mi tę torbę wypakowała z tzw. wianem, czyli pościelą i ręcznikami kryzysowymi. Pościel była z najgorszego, cieniutkiego płótna, pomarańczowa, a na niej brązowy, maszynowy haft. Był też komplet różowo niebieski. Ręczniki ciemne w paski. Bierz mówili, lepiej nosić niż prosić. Dziś byłyby to piękny eksponat w muzeum PRL-u. Dali co mieli najlepszego. Tandetne kółeczka pogięły się i odpadły jeszcze na Okęciu, wiec ciągnęłam jakoś te 30 kg niefajnego posagu. Nie mogłam wtedy wiedzieć, że ta nieznośna ciężkość bytu zostanie za mną na zawsze. Moi rodzice też są imigrantami. Uciekali przed Ukraińcami z ukochanego Wołynia, nie wolno im było niczego ze sobą zabrać. Żadnych zdjęć ani dokumentów. Po trudnej tułaczce i ciężkiej niewolniczej pracy w Rzeszy przyjechali na poniemieckie ziemie. Do niemieckich domów, łóżek i pościeli. Wcierali w siebie niemieckie DNA i mozolnie budowali nowe życie. Część rodziny po kilkudziesięcioletnim pobycie w Polsce postanowiła spróbować lepszego życia w Australii. Nadeszła kolej i na mnie. Nie pamiętam żeby było ciężko, choć dużo pracowałam: kelnerowałam w knajpach od rana do nocy, ale świat dookoła był tak ciekawy, że wiecznie zmęczone nogi nie były wtedy najważniejsze. Wyjechałam przeciąż z szarego, biednego i smutnego kraju, w którym od morza to Tatr i od Bugu do Odry w niedziele jadło się schabowe z ziemniakami i surówką. No i rosół. Jedliśmy to samo, słuchaliśmy i oglądaliśmy tego samego. Chodziliśmy do tego samego kościoła i wyglądaliśmy tak samo, nawet marzyliśmy o tym samym. Londyn był bardzo kolorowy, pod każdym względem fascynujący i ciekawy. Można było godzinami oglądać tłum, a w nim chyba wszystkich przedstawicieli tego świata. Nikt nie wytykał nikogo palcami, nie gapił się, nie obgadywał. Tu było miejsce dla każdego odmieńca. Zachłysnęłam się tym innym. Szybko zostałam wegetarianką i homeopatką, feministką i bizneswoman. Nawiązałam wiele cudownych przyjaźni po angielsku. Podczas kolejnych wakacji na Mazurach, przy ognisku, cytrynowce i księżycu, opowiadałam moim polskim przyjaciołom o tym, jak inni od nas są Angole. Nie oceniają, za to tolerują, przygarniają wszystkich. Broniłam ich i wychwalałam, w ogień bym za nich skakała ( po cytrynowce). Znajomi mówili, nie przesadzaj, ludzie jak to ludzie, wszędzie są tacy sami. Nieprawda! Zaperzałam się i tłumaczyłam, że wieki parlamentarnej demokracji, dobrobytu i wolności, posunęły ich o lata świetlne w rozwoju ludzkości i nie dorastamy im do pięt. I świecie w to wierzyłam… aż do Brexitu. Nie wstydzę się tej naiwności i nawet zadowolona jestem, że się stale czegoś uczę, że nie osiągnęłam jeszcze słusznego pułapu, na którym już wiem wszystko i nikt mnie już niczym nie zaskoczy. Gdy tak będzie, to znaczy, że czas się zwijać. Od dawna wiem, że mieszkam w cudotworze Londyn, że na mojej ulicy mieszkają sami emigranci. Nawet ci, którzy tu się urodzili mieli rodziców Irlandczyków, Włochów, Jamajczyków czy Polaków Itd. Żyjemy obok siebie, uśmiechamy się na ulicach. Wczoraj w moim lokalnym parku było 10 tys. muzułmanów celebrujących koniec Ramadanu. Allach był sławiony na całą okolicę,. Z głośników dochodziły modły. Nie było żadnych rozbojów - pomodlili się, potem najedli, dzieci się wyhuśtały i rozeszli się. Londyn jest inny. Na prowincji Brytyjczycy maja nas, emigrantów, dość. Podobnie jak PIS-owski elektorat, 17 milionów, które głosowało za Brexitem, to przeważnie ludzie, którym w życiu nie ułożyło się tak jakby tego chcieli, wiec szukają winnego. Naiwnie uwierzyli, że gdy tylko pozbędą się Polaków i Rumunów, to zajmą wtedy ich mieszkania i przejma ich pracę. Takie emocje wykorzystywano już w przeszłości i zawsze kończyło się to tragiczną zagładą milionów ludzi. W końcu wylała się złość i nienawiść. Ale to zdrowo. Lepiej dla społeczeństwa, gdy zacznie mówić, co go boli zamiast ukrywać to, co czuje. Wiele lat temu na imprezie u przyjaciół spotkałam polskich Żydów wygnanych w 68 roku do Izraela. Tłumaczyłam się z antyżydowskich napisów na murach, które zaczęły pojawiać się w latach 90 w moim rodzinnym mieście. Mówiłam, znów naiwnie, że za moich czasów nie było takiego tematu, po prostu antysemityzm nie istniał. Ta mądra i okrutnie doświadczona przez życie kobieta powiedziała: „ istniał tylko się bali o tym mówić. Lepiej, że piszą i że Beda o tym rozmawiać”. Może gdy ludzie powiedzą, czego się boją i dlaczego nienawidzą, to zaczną rozumieć, że to nie jest wina Kowalskiego, że pan Brown musi walczyć o miejsce dla swojego dziecka w szkole i czekać dłużej w kolejce do lekarza, bo Bułgarzy też chorują. Może zrozumieją, że to zła dystrybucja pieniędzy spowodowała kryzys w Wielkiej Brytanii i że kryzys zapanował na całym świecie. Ktoś zaprosił tu tanią siłę roboczą i na tym bardzo skorzystał. Niestety korzyści zatrzymał dla siebie i garstki kolesiów. Polityka zaciskania pasów wprowadzona przez rząd Konserwatystów dotknęła tylko najuboższych. Bogaci się jeszcze bardziej bogacili. Oni wysyłają dzieci do prywatnych szkół i leczą się prywatnie. Nie przejmują się biedotą, bo wiedzą, że jest niewykształcona i łatwo ją manipulować. Najbardziej pokrzywdzona warstwa społeczna poparła w głosowaniu swych oprawców. Zagrano na najprymitywniejszych uczuciach zawiści i nienawiści. Ale teraz nikt tu teraz rąk nie zaciera, a Brexitowcy pouciekali, gdy zobaczyli, do czego doszło. Pozostaje mądra dyskusja. Wierzę, mam nadzieję, że cześć tych 17 milionów przysucha się własnym słowom i zastanowi, kogo tak na prawdę należy winić, za obecny stan rzeczy na Wyspach. Człowiek jest gatunkiem koczującym i tak pozostanie. Lepiej to zaakceptować niż z naturą walczyć. Alina Frymorgen