Małgorzata Kalicińska: Szczawiówa z lubczykiem albo Fikołki na trzepaku

Szczawiówa moja, nabiebrzańska to wspomnienie dzieciństwa. Piszę o niej w Fikołkach na trzepaku. "Często, gdy słońce już „przegięło się” i upał zelżał, przychodził któryś gospodarz spławić krowy i wtedy ssało nas w brzuchu, bo to była już pora na bardzo spóźniony obiad. Wracaliśmy więc wszyscy do domu. Na piecu stała chłodna już zupa (np. szczawiowa ze świeżego szczawiu, gęsta od ziemniaków i tłustej śmietany albo grzybowa, ze świeżych grzybów, z lanymi kluskami, zwykła kartoflanka zasmażana cebulą...). Nalewałyśmy ją do metalowych misek i jadłyśmy z pajdą chleba, siedząc na schodach."  Robię szczawiówkę na dwa sposoby - jeden to gorąco. Włoszczyzna julienne, albo wczorajszy bulion, rosół, cokolwiek, i to  jest na bogato. U mnie we wsi nie dają nic, nazywają to barszczem ze szczawiu. Taka bieda zupa na wodzie i łyżce masła, cukier, sól i micha ziemniaków. Do mojej po wiejsku, bogaciej, daję posiekany lubczyk, który wschodzi razem ze szczawiem, jeden i drugi już ma masę liści, a za nimi pietruszka z zimy, co została. Więc i pietruchę siekam i dodaję koper mrożony. A co! I ziemniaczka pokrojonego w kosteczkę, albo jak mi został ryż z wczora, to ryż! Na koniec smakuję i dodaję ciut cukru, sól pieprz i śmietanę. Jogurt się zetnie. Oczywiście porządna porcja dobrych jaj na twardo. Ale też robię zielony chłodnik czyli szczaw II. Do wywaru z warzyw (garść włoszczyzny julienne) wrzucam wszystko, co zielone w ogródku: szczaw, szpinak, lubczyk koper (mrożony - jest za wcześnie na gruntowy) i gotuję. Ciut śmietany, zgnieciony czosnek i jak za mało kwaśne, ciutka cytryny. Dość kwaśne ma być. Schładzam, a gdy jest upalnie to za Koreańczykami, dorzucam kostki lodu. Do tego jaja na twardo i szlus! Małgorzata Kalicińska fot. http://www.blackcaviar.pl