Lublin smaków

No to jeszcze parę dni i ruszy przygotowana z wielkim rozmachem impreza. Szanowny Dyrektor Waldemar pewnie już od dawna spać nie może i zresztą nie ma na to czasu. Europejski Festiwal Smaku czas zacząć. Przyznam się szczerze, że już tak na poważnie myślałem by przestać się po Polsce rozjeżdżać bo to i zdrowie nie to i w koło komina moje sery rozchodzą się jak świeże bułeczki. widok_miasta_lublina_hogenberga_i_brauna Ale gdy zadzwoniła Szanowna Dyrekcja by mnie zdyscyplinować i do porządku przywołać zrozumiałem, że gdzie jak gdzie ale w Lublinie nie może mnie zabraknąć. Poza tym już lat temu kilka wraz z małżonką zakochaliśmy się w tym mieście, jego atmosferze, czarze pięknych knajpek, jadłospisach, których gdzie indziej się nie znajdzie, no i przede wszystkim ludziach otwartych, życzliwych i uśmiechniętych, nie goniących bez sensu za uchodzącym czasem. Tak więc zbieramy się w sobie pakujemy zapasy i ruszamy w podróż by od piątku stanąć w tym samym co zawsze miejscu, czyli przed miejskim Urzędem. Głównym bohaterem tegorocznej edycji będzie Armenia. Tam zaś sery jak mawiał mój przyjaciel Bobek Makłowicz są nieodłączną częścią kuchni. Praktycznie żaden posiłek nie może się bez nich obyć. Tak więc i na moim stole znajdzie się świeży ser zrobiony armeńską techniką, świeży, mocno solony, dobrze odprasowany i pięknie zgrzypiący w zębach. Specjalnie z myślą o Lublinie odłożyłem w mojej dojrzewalni twardy jak kamień ser, który robi się w tamtych stronach, zwany sulguni. Porządnie wykąpany w solance może leżeć latami nie tracąc nic ze swoich walorów smakowych. Oprócz tego rzecz jasna goście Festiwalu będą mogli popróbować innych moich przysmaków od świeżych z różnymi ziołowymi posypkami, poprzez średnio dojrzałe łagodne, do ostrych palących język. Jeden z nich doskonale znany w Lublinie kucharz Jean Bos określił mianem onucy carskiego sołdata, dodając – Marrrek, ale spod Berezyny! Niektórzy kompanioni spod znaku patelni uśmiechając się pod nosem twierdzili, że płynny azot wypalił mu kubeczki smakowe, ale on nie przejmując się niczym jadł go łyżeczką. Wyjaśnienie tego fenomenu jest bardzo proste. Porażony język wysyła sygnał do mózgu, ten niwelując efekt wydziela endorfiny. To zaś nic innego jak hormon szczęścia! No ale przecież prawdziwi smakosze twierdzą i słusznie, że ser im bardzie śmierdzący tym lepszy. Ja się pod tym stwierdzeniem również podpisuję. Tyle lat już produkuję sery i jakoś mi nie obrzydły, jadam je z nieustającym apetytem. W Lublinie mam nadzieję będę miał okazję zestawić je ze znakomitymi armeńskimi winami. Więc uwaga Gourmandzi, nadjeżdżam! Marek Grądzki