Kiszczonka. Zapomniana zupa z kaszanki

Skoro sama nazwa wzbudziła zainteresowanie moich szanownych, lubelskich czytelników muszę o niej parę słów więcej dodać. Otóż gotowano ją tylko i wyłącznie w trakcie świniobicia. Wszak z podrobów, juchy i kaszy jęczmiennej lub gryczanej, niepalonej powstawała kaszanka. Częstokroć takoż bułczanka nieznana szerzej w centralnej Polsce, gdzie miejsce kaszy zastępowała moczona i mielona bułka z mąki pszenno żytniej.

Te wyroby należało zagotować. Była to wyższa szkoła jazdy. Robiło się to bardzo delikatnie, na małym ogniu by fak nie popękał. Jednak straty się zdarzały ale nikomu to nie przeszkadzało. W ten oto sposób powstawała baza do kiszczonki.

Zupa to niezwykle prosta. Na półtora litra wywaru była brana szklanka mleka, w której bardzo dokładnie rozkwyrlano czyli wymieszano dwie łyżki mąki pszennej, do tego kopiasta łycha, jak się mówi w Wielkopolsce marianki utartej, czyli majeranku, dosolić, dopieprzyć do smaku i można wydawać na stół.

Jak dodatek służyły ugotowane i ugniecione pyry, z których formowano wysepkę na środku głębokiego talerza. Gdy danie miało być bardziej wykwintne ziemniaki zastępowano kluseczkami kładzionymi. Ot i cała filozofia!

Marek Grądzki