Karczma Biesiada w Wojciechowie

Karczma Biesiada w Wojciechowie

Karczma Biesiada w Wojciechowie to jedno z najbardziej malowniczych kulinarnie miejsc na Lubelszczyźnie. Słynie z żurku, domowych pierogów i golonki. Golonka jest tu tak dobra, że ja zjadam chude, a M. skórkę z tłuszczykiem. Karczma jest pięknie położona na wzgórzu, kiedy siądziecie na tarasie, widać słynną ariańską wieżę. Ptaki śpiewają tu stereo (świetna akustyka), szemrze strumyk, na wódeczką przychodzą tu miejscowi. Czasem przy stoliku spotkacie mistrza Włodzimierza Czernieca, który słynie z prosiaków i dzików podawanych w całości na rożnie. Mężczyzna to postawny, dostojny, wyczulony na sprawy polskiej, tradycyjnej kuchni. I szanujący tradycję. Do tego stopnia, że uczynił ze starej chaty dekorację tarasu.

Zaczęliśmy od wojciechowskiego żurku i flaków. Żurek wielce smakowity, na dobrej kiełbasie, delikatny, nie przesolony, pachnący zakwasem i dobrą śmietaną. Wybrała go M. – i była w wyboru wielce zadowolona. A moje flaki. Poprawne, lekkie, wiosenne. Zdałoby się więcej wkładu wrzucić, a i rosołu dolać – ale jesienią. Porcje są duże, można się najeść.

Na drugie M. zamówiła domowe pierogi z kapustą i ruskie pół na pół. Bardzo smaczne ciasto, nadzienie także. Widać, że kucharki znają się na rzeczy i byle czego właścicielowi nie podadzą. Pierogi z kapustą na głowę biły te, których ostatnio kosztowaliśmy w barze U Rubina w Narolu. Ruskie były jak u Mamy, z dobrze wyważonym nadzieniem, z dobrych ziemniaków i dobrego sera uczynionym. Co ważne, pierogi od lat trzymają poziom, a ich powtarzalność to świadectwo dobrej kuchni.

Ja zamówiłem golonkę opiekaną na kapuście. Jak zamawiałem, zaznaczyłem, że ma być średnia i dobrze ogolona. Bez ziemniaków. Na golonce jesteśmy tu często. Swego czasu ja zjadłem chude, M. pieczoną skórkę z tłuszczykiem. Wszak ona z golonki najlepsza, a najlepszym warto się dzielić. Zacząłem od kapusty. Pyszna. Kminkowa. Kwaskowata. Idealnie zasmażona. Coś pięknego. Sama golonka prezentowała się pięknie. Z lewej strony. Na prawej jeżyła się szczecina. O mało nie trafił mnie szlag. Perła nie pomogła z kija. Co było robić. Przewróciłem golonkę sierścią w dół. Ogolone było na górze. Skórka przedobra, idealnie wypieczona. Mięso z lekka różowe (zapachniało saletrą), ale dobre, mięciutkie, rozpływające się w ustach. W połączeniu z kapustą – coś dobrego. Zjadłszy jedną połowę, zamówiłem drugi kufelek, żeby zmierzyć się z rewersem golonki. Nie pomógł, blokada na sierść została. I co z tego, że kelnerka przemiła i przepraszała. To jej obowiązkiem jest sprawdzić danie, jak coś nie tak – cofnąć do kuchni. I niech kucharka płaci, mąż kucharki zje. Po takiej przygodzie na golonkę prędko się nie skuszę. Być może wyjdzie mi to na zdrowie i na figurę. Za posilny obiad z widokiem na ariańską wieżę zapłaciliśmy niewiele ponad 50 zł. To doskonała cena za 2 osoby.

Od tamtej pory byliśmy u Czernieca razy kilkanaście. Z golonką wpadek już nie było. Za to pojawiły się żydowskie śledzie z ogórkiem, koprem i cebulką. Coś pięknego.

***

Waldemar Sulisz

Dodaj komentarz