Iwona Witt-Czuprzyńska: Po seansie „Powstania Warszawskiego”. Recenzja. 3 x wideo

Czarno - białe przemówiło w kolorze, czyli subiektywne wrażenia po seansie Powstania Warszawskiego. W sobotę wybrałam się z mężem na długo wyczekiwany film Powstanie warszawskie według pomysłu Jana Komasy. Film zrobił na mnie olbrzymie wrażenie; mój mąż – rodowity warszawiak był równie poruszony. 
Nie będzie to już niczym odkrywczym, gdy napiszę, jakie to innowatorskie podejście do wykorzystania materiału kronikarskiego, nowa nisza kinematografii, a może trend. Ale tak jest. Zwykłe, zdawałoby się w kinematografii XXI wieku, elementy filmowe: kolor i dźwięk, stają się tutaj efektami specjalnymi. Zwłaszcza dla młodzieży oryginalne czarno-białe kadry, w dodatku nieme, są jak z innej epoki i dopiero właśnie kolor i dźwięk je przybliżają i oswajają. Te efekty służą też specjalnym celom: odkrywają na nowo ludzi i Warszawę, ściągają z nich ciemny woal, przez który na nie patrzyliśmy – wreszcie dostajemy się do środka, gdzie wszystko jest takie wyraźne… A ja przez to od samego początku filmu mam ściśnięte gardło.
Niby niektóre ujęcia wydają się znajome z czysto kronikarskiej wersji (na przykład wyświetlanej w Muzeum Powstania Warszawskiego), a jednak dopiero tutaj widać, jacy ci ludzie są pełni życia, determinacji i tej zadziornej fantazji, tak charakterystycznej dla warszawiaków. Dzięki kolorowi postaci nabierają blasku. I mówią nie tylko do kamery, ale także do nas. W tym miejscu przychodzi mi do głowy (na zimno, po ochłonięciu z pierwszych wrażeń), że może warto było jednak zrezygnować z głosów aktorów charakterystycznych na rzecz zupełnie nieznanych – wrażenie autentyczności byłoby chyba jeszcze głębsze. Mąż dodaje swoje, że jego zdaniem dla oddania pełnego obrazu zniszczeń Warszawy można było się pokusić o dołączenie 6-minutowego Miasta ruin – dlatego że film pójdzie w świat. A kto, jak nie my-Polacy (przekonuje z pasją), i kiedy jeśli nie teraz, pokaże światu kompletną destrukcję europejskiej stolicy z XX wieku. Według niego to właśnie teraz był ten moment i okazja zaprezentowania rzeszy nie tylko niemieckich odbiorców, ale i całej Europie i światu najprawdziwszej historii – moment gdy rośnie zainteresowanie filmem, nie łudźmy się: nie tylko ze względu na temat, ale i ciekawość nowatorskiego rozwiązania filmowego. Nie jest to żaden atak skierowany przeciwko filmowi, a jedynie może podpowiedź uważnych i zaangażowanych widzów, którzy jeszcze długo po seansie myśleli i dyskutowali o filmie. Wartość filmu jest bezsprzeczna, a trud i pedanteria, jakie włożono w jego powstanie – imponujące. O tym, ile pracy włożono w realizację pomysłu, ilu ludzi przy tym pracowało (chapeau bas dla biegłego sądowego, który tak świetnie odczytał z ruchu warg, co mówią bohaterowie tego niezwykłego filmu – hmm, określenie „bohaterowie” zyskuje tutaj podwójne znaczenie), można przeczytać choćby w wywiadzie, w którym o wielu szczegółach opowiada sam Komasa (http://wpolityce.pl/kultura/193271-tylko-u-nas-jan-komasa-opowiada-o-powstaniu-warszawskim-to-jest-nakrecone-tak-jak-kreca-dzisiaj-reporterzy-wojenni-nasz-wywiad). I to jest kolejny materiał – na film o powstawaniu filmu. MOJE WRAŻENIA
Można powiedzieć, że Powstanie warszawskie według Jana Komasy tworzą dwie warstwy. Pierwszą są sceny odtwarzane i reżyserowane przez dwóch operatorów filmowych Biura Informacji i Propagandy (BIP KG ZWZ – AK), drugą – i chyba ważniejszą – rzeczywiste obrazy uchwycone w czasie powstania, dokumentujące historię. Przez pierwszą część filmu uśmiech nie schodzi mi z ust. Udziela mi się bijąca z ekranu pogoda ducha i radość życia, mimo że ja wiem, jak to się skończy. Ale czy rzeczywiście wiem więcej niż bohaterowie? Oni wiedzą, po co tam są, po co i o co walczą – tego nie trzeba artykułować, to jest dla nich oczywiste. Cel jest jeszcze przed nimi… – a my znamy historię… Dwaj bracia: Karol i Witek – dokumentaliści filmowi, których rozmowy i komentarze towarzyszą niemal każdemu ujęciu, chcą uwiecznić to, co się dzieje, bo „trzeba to pokazać; jak inaczej będą wiedzieli, jakie było to powstanie?”, „bo kto ich zapamięta, jak ich nie nakręcimy”. Na początku tylko odtwarzają wyreżyserowane naprędce fragmenty walk z przysposobionymi aktorami-amatorami, ale za to prawdziwymi powstańcami, którzy w momencie gdy jedynie grają, często nie potrafią zachować powagi ani powstrzymać się przed spojrzeniem w obiektyw (słychać wówczas jak jeden z operatorów poucza: „nie patrz w naszą stronę, to ma być naturalne”). W nienormalnych warunkach pokazują też normalne życie ludzi, którzy wyglądają tak współcześnie, dowcipkują, flirtują, gotują, jedzą, piją, śpią, piszą i otrzymują listy, biorą ślub... Wszystko jest takie proste i oczywiste, jednoznaczne. Chciałaby jeszcze napisać o kobietach i dziewczętach powstania. Są tak naturalnie opiekuńcze – jedne zajmują się rannymi, drugie kucharzą i krzątają się przy powstańcach – żołnierzach i cywilach, roznoszą korespondencję, jeszcze inne są przygotowane po prostu do walki. Wszystkie są takie promienne; nawet te poważne, zagadywane przez operatorów nie potrafią powstrzymać się od uśmiechu. Są takie śliczne, mają zawsze ładnie i starannie upięte albo splecione w warkocz włosy; są subtelne, mimo warunków wręcz eleganckie – myślę, że są przekonane, że bycie kobietą zobowiązuje wszędzie. I mają to coś w oczach. Co mnie jeszcze urzekło? Szczególna więź powstańców. Z niereżyserowanych scen z życia miasta płynie spokój i pokora oraz troska o innych, zwłaszcza bezdomnych, starych, chorych, po prostu cywilów – czy wszyscy dostali jeść, pić, czy ci, którym zburzono domy, mają schronienie. Powstańcy w tak naturalny sposób dbali o siebie nawzajem, dzielili się każdym dobrem. Patrzę ze wzruszeniem na szybko zorganizowane prowizoryczne punkty z żywnością dla każdego, piekarnię z chlebem dla każdego... Pomimo braków zaopatrzenia nawet w wodę, wszyscy czekają w pokorze na swoją kolej. Na autentycznych materiałach widać, że szacunek do drugiego człowieka w tamtych czasach był regułą i standardem. Po twarzach dzieci pomagających w budowaniu barykad ciężko odróżnić, czy traktują to jako zabawę czy może jednak jako dojrzałe wewnętrzne przekonanie, że to muszą i mogą zrobić. Gdy grupa mężczyzn „marnuje” siłę na odkopywanie lejów po bombach, ciśnie się pytanie, a jeden z braci-operatorów zadaje je głośno: po co? A po chwili już wiemy… – by odkopać ciała poległych i z godnością ich pochować, a jeśli mają dokumenty, to może nawet próbować poinformować rodzinę, bo przecież czasy takie, że każdy kogoś szuka… I jeszcze godna uwagi jest praktyczność, z jaką wykorzystywane jest wszystko dookoła: znalezione nogi końskie na zupę, trotyl z niewypałów na ręcznie szyte granaty zaczepne, łuski po pociskach do uhonorowania i przyozdobienia mogił… Druga część to już mroczny zapis śmierci i walk. Mieszają się tu skupienie, rozpacz i poczucie, że tak trzeba… I jeszcze determinacja braci, by wszystko utrwalić, nawet z narażeniem życia… Słyszymy ich komentarze i rozmowy. Nie potrafię się nie wzruszyć, patrząc na płonące budynki, na żołnierzy ratujących swych towarzyszy broni i dziecko (choć śmierć okazała się szybsza), na walczących. I na przypadkiem natrafione zwłoki rozstrzelanej ludności cywilnej ułożone na całej długości ulicy. Wstrząsającym przeżyciem jest patrzenie na to wszystko, jeszcze ze świadomością, że to non fiction. Film się kończy, ale wszyscy w kinie siedzą, bo oprócz tego, że lecą napisy, słychać hipnotyzującą piosenkę Tyle nadziei, tyle młodości, śpiewaną przez Adama Nowaka z Raz Dwa Trzy wraz z Sylwią Wiśniewską. Proste i trafne dopełnienie lecącego przed chwilą na ekranie obrazu. To nie koniec wrażeń. Wychodzimy z małżonkiem z kina w Aleje Niepodległości, jest sobotni wieczór. Szokiem okazuje się zgiełk ulicy, ruch, widok pięknie odrestaurowanych kamienic ciągnących się do Hotelu Polonia Palace. A dopiero widzieliśmy miasto w ruinie… Patrzę w stronę placu de Gaulle’a, a w uszach mi brzmi jeszcze zdanie jednego z braci filmującego zrównaną z ziemią ulicę: „tak wyglądają Aleje Jerozolimskie, a gdzieś tam po drugiej stronie mostu Poniatowskiego stoi Stalin i patrzy”. Milczymy w czasie drogi na Ochotę. Patrzę inaczej niż zwykle na mijane ulice, ludzi, zwłaszcza tych już wiekowych. Mam ochotę ich bez słowa przytulić, ukochać… Na następny dzień wybieram się do Muzeum Powstania Warszawskiego, by poukładać sobie wszystko na nowo. Niedziela jest dniem darmowego wstępu, więc wycieczek i mniejszych rodzinnych grupek jest mnóstwo. To moja druga wizyta w Muzeum. Dziś szukam scen z wczoraj oglądanego filmu. Na dużym ekranie niedaleko sali, w której można obejrzeć Miasto ruin, wyświetlana jest czarno-biała kronika zatytułowana Warszawa walczy. Tak, tutaj jest sporo scen, które wykorzystano w kolorze. Przy niektórych przypominam sobie, co mówią niemi powstańcy obdarzeni wczoraj głosem. Dodatkowo narrator kroniki (rozpoznaję głos Adama Ferencego), informuje, na którą ulicę patrzymy, kogo można rozpoznać na ujęciu. Jeszcze inne ujęcia odnajduję w salkach tematycznych. Jest inaczej, ale czuję, że dzięki temu zderzeniu kolorowego z czarno-białym mam dopełniony obraz filmu. OBOWIĄZKOWO? Polecam ten film wszystkim, może zwłaszcza tym, którzy nie lubią Warszawy i warszawiaków, nie widzą nic ładnego ani godnego uwagi w tym mieście. Ja, urodzona torunianka, już dawno zrewidowałam swoje zdanie o Warszawie. To wyjątkowe miasto, wyjątkowa stolica – czy któreś państwo europejskie ma taką stolicę, która została niemal zrównana z ziemią, a jednak powstała na nowo? Czy któreś ma tak niezwykłe Stare Miasto? Przecież tutaj między 19 sierpnia a 2 września 1944 roku toczyły się najcięższe walki powstania warszawskiego. Tutaj na jednym kilometrze kwadratowym zginęło około 30 tysięcy ludzi. Dlatego gdy spacerujemy po Starym Mieście, to stąpamy po przelanej krwi… To kryje w sobie Warszawa pod brukiem i asfaltem. I to właśnie świadczy o niezwykłości tego miejsca, przebijając nawet mój rodzimy toruński gotyk. Dla mnie najpiękniejsza jest Warszawa 1 sierpnia, niemal sparaliżowana dreszczem wspomnień. Gdy wybija godzina 17.00, na jedną minutę cały hałas miejski nagle cichnie, zatrzymują się samochody, przechodnie, nikt na nikogo nie trąbi ani nie popędza. Słychać jedynie rozdzierające wycie syren. Tutaj nie trzeba słów, komentarzy, przemówień. Tutaj panuje prawdziwa zaduma o Warszawie, jej losach, bohaterach. Oto Warszawa. ŻYCZENIA KINOMANA Skoro nastąpił kolejny przełom w sztuce filmowej, to marzy mi się film, w którym pokazano by Warszawę sprzed 1 września 1939 roku; by w analogiczny sposób (obróbka cyfrowa, kolorowanie) potraktować przedwojenne materiały. Źródeł może być przecież naprawdę wiele, choćby przedwojenne filmy z komediami na czele, gdzie widać przecudne toalety pań, piękną architekturę. Zebranie esencji z kilku filmów już by mogło pokazać kawałek pięknej stolicy, a inne „efekty specjalne” uszlachetnić obraz. Jakiego blasku nabrałoby to miasto w kolorze, jak mogłoby znów zachwycać – przecież przedwojenna Warszawa była uważana za jedno z piękniejszych miast Europy, urodą przewyższających choćby czeską Pragę. Ale to byłby film… Iwona Witt-Czuprzyńska

Powstanie Warszawskie. Film fabularny w całości złożony z dokumentalnych materiałów archiwalnych nagranych przez dwóch młodych reporterów w sierpniu 1944 roku.  Gatunek: dramat wojenny dokumentalizowany, produkcja: Polska. Premiera: 9 maja 2014 (Polska) 9 maja 2014 (świat), scenariusz: Joanna Pawluśkiewicz, Jan Ołdakowski, Piotr Śliwowski. Reżyseria: Jan Komasa.