Gniotek Marynki, śliwki i Dom nad rozlewiskiem

Marynka to moja mama, Maria. Nie znosiła zdrobnienia „Marylka”, za to Marynką była od zawsze i do końca. Mama nie była pitrasząco - piekąca, pisałam o tym w „Fikołkach na trzepaku”. Jarzynówka, krupnik, zalewajka, ziemniaki z jajem i bukietem warzyw, nieśmiertelne bitki wołowe i naleśniki. Właściwie to wszystko. Z ciast umiała zrobić (z zamkniętymi oczami) swój słynny GNIOTEK.  Ciasto proste i powtarzalne, a jednak rodzina je lubiła nad wyraz. Na półkruche ciasto (nie znam proporcji, wiem, że mąka, jajka, cukier, margaryna/masło, proszek do pieczenia i kefir albo śmietana) wykładała słoik dżemu z czarnych porzeczek i zamykała z wierzchu drugą, cienką warstwą ciasta. Nakłuwała i do piekarnika. Potem cukier puder i cześć! Jesienią mama czasem zamieniała dżem na połówki śliwek. Tylko dwa razy w roku razem, Mama i Tatko robili ciasto drożdżowe w…miednicy. Duuuuużo, bo też miało amatorów, a gdy się szło do kogoś na świąteczny obiad zabierali dwie foremki – struclę drożdżową i „puste” z rodzynkami. Ja wyrosłam na zupełnie niewypiekającą ale do czasu…W pewnym czasopiśmie zobaczyłam tartę ze śliwkami, które pięknie ułożone rozbudzały zmysły. Zaparłam się. Wszak mam książkę Stanisława Bergera „Kuchnia Polska” – mam maturę, dam radę, to nie może być aż takie trudne! I udało się! Na kruchym spodzie taka tarta wygląda jak na zdjęciu. Można jej zafundować spód półkruchy. Ważne jest ułożenie śliwek, żeby ich było duuuużo. Ciasto robię niezbyt słodkie, bo potem śliwki posypuję do pieczenia „czarnym” cukrem muscovado. Zaraz też zaczną się śliwki w occie na słodko, powidła smażone długo i BEZ CUKRU, tzw. „krótkie” dżemy, knedle… To śliwkowy czas. Moje „Rozlewisko” zaczyna się śliwkami: „Zjadam już piętnastą śliwkę. Zrywam je z drzewa w ogrodzie mamy. Śliwy są leciwe, dość niskie, powykręcane ze starości. Przedwojenne? Sięgam po owoce bez wysiłku i nawet nie wycieram ich o spodnie. Jak taką śliwkę węgierkę nacisnąć odpowiednio, pęka na pół, ukazując zielono-bursztynowe wnętrze. Węgierki, te prawdziwe węgierki, są słodkie, mają specyficzną, lekką goryczkę i niepowtarzalny aromat! Pod fioletową skórką, cierpką i gorzkawą, tkwi mięsista niespodzianka, rozlewająca się w ustach słodko-kwaśno, jeśli są dojrzałe, i bardzo słodko, jeśli są po prostu — dojrzałe. Tylko z takich węgierek powidła są świetne. Brązowe, skarmelizowane, gęste. Jest wrzesień. Objadam się tymi śliwkami, bo zrywam je na powidła i „krótkie” dżemy. Już nie mogę się doczekać smażenia, gadania, mycia spirytusem słoików. Całego tego obrzędu. Późnopopołudniowe słońce grzeje mnie w plecy. Lekki, ciepły wciąż wiaterek szemrze w gałęziach. Tak tu spokojnie…” Może kiedyś, gdy już się wyniosę z tego nienajlepszego ze światów, moje praprawnuki będą wspominały „śliwczaka babci Małgosi”? Małgorzata Kalicińska