Fakap: Canaletto Hotel Korona

Fakap: Canaletto Hotel Korona

Sobota 27 października. O godzinie 17:40 siedliśmy za stołem w restauracji Canaletto w hotelu Korona. Obok główna sala restauracyjna zajęta i przygotowana na jakieś weselisko, stypę, albo inny biznes raut. W architekturze i wystroju budynku widać tę próbę materializacji snu właścicieli o własnym prestiżu i smaku. Przypominają się ośrodki wypoczynkowe z cegły na nieco góralską nutę, z tym że dofinansowane w wewnętrzną fontannę i dominujący kolor czekolady w detalach i bibelotach.

Jeśli jesteśmy już przy czekoladzie… w męskiej toalecie serdecznie wita i uśmiecha się do ciebie z głębi muszli klozetowej czekoladowy fondant – pas startowy. I wiesz już na pewno, że tu się je. Że jest tu obecny impuls dla metabolizmu.

Restauracja, czyli kilka stolików w sąsiedztwie czekoladowego baru, bardziej przywodzą na myśl kąciki kawowe w hotelach. Prawie natychmiast otrzymujesz menu. Brawo policja! Pierwsza karta pt. „Menu letnie” zachęca do zamawiania pierogów z bobem i łososiem i innych szaleństw słonecznych miesięcy. Spoglądam tęsknie za okno. Za oknem śnieg z deszczem. Zasmakowawszy a priori w rzeczonych pierogach, jednak czując w tej pierwszej stronie podstęp, niepewnie pytam kelnerki, czy jest na nie szansa. Niestety nie. Uprzejmie zalecam wypięcie tej strony i nie irytowanie konsumenta.

Na pierwsze bierzemy żur. Opisany w karcie dość uroczyście, podobnie jak inne potrawy, tak, abyś od razu wiedział, że tu nie ma żartów, że tu doznasz kulinarnych objawień, że tutaj – tak jak ukrywający się za nazwą restauracji Bernardo Bellotto – kucharz nie gotuje, a maluje arcydzieła. Niestety żur po pierwszej łyżce okazuje się być landszaftem. Jeśli nawet baza była ok, to nasz arcykucharz wkroił do niego stare, zleżałe i tą zleżałością i garem śmierdzące ziemniaki z porannych wydawek, jeśli nie z wczorajszych obiadokolacji. Z pewnością nie były to ziemniaki dedykowane tej zupie. Kolega głodomór wysiorbał żurową ciecz, pozostawiając kartofelki na dnie talerza. Ja nie zmogłem i jako czujący się w knajpach najczęściej jako oszukiwany, poprosiłem o jakąś inną zupę, byleby nie zawierała takiej zleżałej wkładki.

Wjeżdża drugie danie, poliki wieprzowe, równie podniośle opisane, tak że od razu przypomnisz sobie jak tytułować i zwracać się do koronowanych głów i najwyższego szczebla duchowieństwa. Jednak pytam kelnerkę o zamienną zupę, wszak jeszcze pierwszego dania nie zjadłem.

Godzina 18:40. Otrzymuję Rosół Królewski. Oczywiście wszelki artefakt uśmiechający się do nas z głębi muszli klozetowej możemy próbować namaścić najbardziej wzniosłymi tytułami, jednak prawdy tego, że w smaku rosół pozostał żółtawą, osoloną wodą, do tego – być może w celu ukrycia stanu rozkładu – popieprzoną i okraszoną najtańszym makaronem, nic nie zmieni.

Kiedy już kolega po zjedzeniu drugiego dania zaczął mnie w niewybrednych słowach informować o nasilającej się perystaltyce jelit, stawiają moje poliki. Trzy sczerniałe kawałki, ciepłe, wilgotne i dość miękkie. Do tego polenta, w której zanurzenie się było pełnym zanurzeniem we wszelkie bogactwo aromatów lodówy. Przy tym czas i ewolucja przypomnieli, że w swoich dziełach są doskonalsi i bardziej konsekwentni od Canaletta, i w pełni udowodnili to w polentowym dopychaczu do mięsa. Wyschnięta, zbita masa w kształcie trójkątów, nie była w stanie w jakikolwiek sposób wziąć udziału w doskonałości tej figury, jaką to przypisywali jej pitagorejczycy.

Na stronie hotelu Korona czytamy: „Zapraszamy do restauracji Canaletto. Zlokalizowany w luksusowym Hotelu Korona lokal to kwintesencja dobrej kuchni i nienagannej obsługi.”
Osobiście polecam.

Paweł Laufer

Od redakcji: Otwieramy nasz portal na Wasze opinie. Te dobre i te złe. Te dobre, dla radości, te krytyczne – dla tego, żeby co złe poprawić. Tu, Paweł Laufer, filozof, pisarz, dziennikarz, autor instalacji literackich, fundator i prezes Fundacji Open Culture pisze o swoich wrażeniach z wizyty w Hotelu Korona. Fot. Hotel Korona

Dodaj komentarz