Bryll o odpoczywaniu

Bryll o odpoczywaniu

Zadyszany troszkę – miałem długą drogę. Na ganeczku snu jest odpoczywanie – napisał w tomiku swoich wierszy Ernest Bryll. Długa droga to zawał, potem by-passy. Ganeczek to zaczerpnięcie tchu. A pudełko równiutkie, spojone dokładnie? Deski się otworzą i zamkną za nami – pisze Bryll. Mieszka w Warszawie wraz z żoną, dwiema córkami, labradorem Guinessem  i 5 kotami rasy dachowo-irlandzkiej. Powoli smakuje życie, które po zawale ma nowy smak. W cyklu “Rozmowy na Prowincji” Waldemar Sulisz rozmawia z Ernestem Bryllem.
• Pamięta pan ganeczek z dzieciństwa?
– Chociaż urodziłem się w Warszawie, to wychowałem się na prowincji. Ochrzczono mnie w miejscowości Różano nad Narwią. Zachowała się fotografia z tamtego czasu, stoję przy pompie, z tyłu jest ganeczek zbudowany z wielkich bali. Potem, kiedy mieszkałem w Komorowie – rzeczą oczywistą był ganeczek. Z ganku wchodziło się do korytarza, dalej była kuchnia, alkowa, izba biała. I tak dalej.

Ważny ten ganeczek był?
– No ważny, ganek był duży, po bokach się siadało i oglądało, co się dzieje przed domem. Przed domem szła droga, bardzo rzadko się coś tam działo. Wyczekiwało się, aż ktoś przejedzie, zagadywało się z sąsiadami, którzy przyszli w odwiedziny. Ktoś grał na harmonii pedałowej. Śpiewało się, opowiadało, recytowało wiersze. Życie toczyło się wokół ganeczku.

• Harmonia pedałowa?
– Jeden naciskał stopami miechy, drugi grał. Muzyka był spokojniejsza, bez tej ekspresji, rozciągania. Poważna harmonia do poważnego grania.

• Kto zasiadał na ganeczku?
– Mieszkaliśmy w dużym domu, gdzie mieszkało parę rodzin. Dom miał trzy ganki, zbudowany był w podkowę. Kto siadał? Na przykład pan, który grywał na klarnecie. Przychodził instruktor Zawiszaków, do których należałem. Ćwiczył nas w wierszach i pieśniach, które należało pamiętać.

• Dlaczego?
– Był 1944 rok. Każdy z nas był zagrożony. Uczyliśmy się wierszy na pamięć, bo gdyby nas zabrano z domu, żeby wychować nas na Niemców, w głowie zostawały polskie wiersze.

• Przeniósł pan ganeczek do tomiku wierszy. Co to za ganeczek?
– Ten ganek jest obity wąskimi deszczułkami. Tam jest taki element śmierci. Ściany ganku tworzą pudełeczko dla człowieka. Kończy się: na ganeczku snu zaczerpnijmy tchu.

• Skąd to zaczerpywanie tchu na ganeczku?
– Jak to pisałem, autentycznie brakło mi tchu. Oddychałem coraz gorzej. Nie wiedziałem o co chodzi. Czekałem. Zawał. Skończyło się operacją z czterema by-passami, co zaowocowało napisaniem “Golgoty Jasnogórskiej” do obrazów Jerzego Dudy-Gracza. Który wcześniej leżał na tym samym łóżku w tym samym szpitalu. Jak człowiek tego nie przeszedł, to nie wie, że można tak płytko oddychać. Normalne oddychanie jest oddychaniem całymi płucami. Słonimski opisał, jak szedł z pierwszą dziewczyną łąkami, oddychał pełną piersią, trzymał ją za rękę. I że już potem nigdy w życiu tak nie oddychał. Tak miałem po operacji. Leżałem, oddychałem w sposób tak niezmierni pełny, że przyśniło mi się, że leżę na piersiach oceanu – który nie wiem dlaczego – jest zielonym Murzynem. W tym oddychaniu była słodycz powietrza.

• Pamięta pan pierwszą dziewczynę, którą trzymał pan za rękę?
– A jakże, pamiętam. Miałem siedem lat, ona też. Mówiono na nią Lala. Ciągle dbała o to, żebym wyglądał czysto, otrzepywała mnie z piasku, liści. Była troskliwa. Wie pan, ja miałem szczęście do kobiet. Kobiety były zawsze dla mnie dobre. Nie umiem sobie wyobrazić złych kobiet.

• Co panu dawały kobiety?
– Spokój. Nie mówię o miłości, to jest osobna sprawa. Trzeba mieć spokój. Tak trafiałem, że nie było tego trzeszczenia nad głową. Tego ciągłego jazgotania. Nie było poganiania.

• Było jak na ganeczku?
– Przede wszystkim, co jest szalenie ważne: nie było ślepego zachwytu. Spokój był. Otwarcie było. Może pan spokojnie przybyć do mnie na obiad.

• Woli pan ranek, kawę? A może wieczór, zamyślenia?
– Na wiosnę ukaże się mój nowy tomik: “Trzecia nad ranem”. O co chodzi? W pewnym wieku ludzie budzą się w okolicach trzeciej nad ranem, kiedy pieją koguty. Choć mieszkam w centrum warszawy, to w enklawie zieleni. Ktoś tam hoduje koguty i ja je słyszę. To jest zupełnie mistyczne.

• Dlaczego?
– Trzecia nad ranem to przełom w organizmie. Najwięcej ludzi umiera o tej porze. To są godziny kryzysu. Budzę się. Jest godzina przypominania sobie wszystkiego, co się schrzaniło w życiu. Śmieszna ta trzecia nad ranem. Długo mogły nade mną wyć jelenie, łosie, hipopotamy. Nie miało to znaczenia, spałem jak dziecko. Czasem budzi mnie labrador Guiness, który, niestety, śpi razem z nami w łóżku. Koty też z nami śpią. Okropne to, okropne z punktu widzenia higieny. Natomiast z punktu widzenia ciepła i ludzkości – bardzo przyjemne.

• Labrador dobra rzecz?
– Łagodny jest. Żony pilnuje. Ze mną chodzi na spacer. Codziennie robimy po kilka kilometrów.

• Czy dom to jest najważniejsza rzecz w życiu?
– Jest najważniejszy. Właściwie dom jest w nas.

• Co to znaczy?
– Albo się go ma w sobie albo nie. Ludzie dzielą się na tych, co mają w sobie dom. I na tych, co mają tylko mieszkanie. Jeszcze są tacy, co mają tylko hotel w sobie.

• Może pan to wytłumaczyć?
– Mieć dom w sobie to znaczy lubić, żeby się kręciło. Dobrze zorganizowany dom daje spokój. Ludzie nie siedzą sobie na głowie.

• Dlaczego jest tak, że ludzie mieszkają w blokach, marzą o domu, biorą kredyt, budują i się rozwodzą?
– Bo przerzucają kłopoty, problemy, to że się nie układa na to, że nie mają domu. Budują, mają dom. I nie mają już na co przerzucać nieudanego życia. Mają sypialnię, salon, kuchnię. I nagle okazuje się, że to już jest wszystko za późno. Coś się stało, skończyło. A myśmy myśleli budując dom, że jeszcze nie.

• Dlaczego ludzie się nie dogadują?
– Nie mają czasu i miejsca, żeby porządnie z samym sobą się pokłócić. Nawtykać sobie i mieć to z głowy. Duszą w sobie żale. Pracują, żeby odmienić swoje życie.

• Ludzie tak pędzą. Nie potrafią zwolnić. Jak pan zwalnia czas?
– Zwyczajnie. Mam już swoje lata. W zasadzie powinienem siedzieć w kapciach. Ale jeszcze ciągle pracuję, piszę, wykładam, jeżdżę. Żona tłumaczy. Na ostro zasuwamy.

• I czasem siadacie na ganeczku, żeby odsapnąć?
– No tak.

Rozmawiał: Waldemar Sulisz

(Rozmowa ukazał się w Magazynie Dziennika Wschodniego)

Fot. Archiwum Ernest Bryll, zapraszamy na oficjalną stronę poety

Dodaj komentarz