Byłem w pięknym ogrodzie

Nigdy nie fotografowałem kwiatów. Widocznie musiałem do tego dojrzeć. Zawsze rejestrowałem świat w czerni i bieli, a wielbienie flory w tych kolorach to jak portretowanie pięknej kobiety w trumnie. Więc nie robiłem tego, aż przyszła pora. Z grupą przyjaciół pojechaliśmy do niezwykłej galerii na zachodzie Anglii. Istne cudo. Kilka nowoczesnych budynków - w nich wspaniałe rzeźby i instalacje, a na tyłach tego kompleksu znajdował się ogród. Ale za to jaki! U stóp czegoś, co przypominało pojazd kosmiczny, rozłożono dywan z kolorów. Ciężka sprawa, myślę. Nie znam się na kwiatach i nie znam na kolorach. Potrafię wymienić kilka gatunków, ale na tym koniec. Sytuacja zaskoczyła mnie w sposób dość spontaniczny. Ale co mogłem zrobić? Wyjąłem aparat i zacząłem focić. (Znam nadętych fotografistów, którzy nie lubią tego słowa, kiedyś napiszę o tym oddzielnego bloga:).
Czym są dla mnie kwiaty? Są jak ludzie - potrzebują słońca by przeżyć, tulą się do siebie, a gdy nie spływa na nie życiodajna woda, więdną. Ale jak je fotografować, jeśli nie łączy mnie z nimi intymna relacja? Nie zrozumcie mnie źle – wiedziałem, że istnieją. Pojawiały się na obrzeżach mojego obiektywu, ale przypadkiem. Upiększały rzeczywistość na zasadzie chwilowej obecności, po czym znikały, pozostawiając na matrycy delikatny aromat. I gdy chodziłem tak po tych bajecznych ogrodach, zdałem sobie sprawę, że już kiedyś byłem w podobnej sytuacji – rozpoznałem w tym znajomy rytuał. Chodziło wówczas o psy. Przez lata dostrzegałem je kątem oka w parku, lub pod stołem u przyjaciół, gdy uderzając ogonem o krzesło, dawały znak, że istnieją. Były jednak zaledwie rekwizytem rzeczywistości. Ja nawet nie miałem pojęcia, że czują i żyją. Do czasu… Pamiętam dzień, kiedy w naszym domu pojawił się pies. Poczułem się nagle w samym środku filmu science fiction – stopniowo, jak przez pionową taflę wody, zacząłem przechodzić z jednej równoległej rzeczywistości w drugą. Z tej bez psów, w rozszczekany świat czworonogów. Ponieważ wejście w świat psów stało się dla mnie jednym z najgłębszych doznań wieku dojrzałego, nie mogło nie wywrzeć wpływu na moją fotografię. W archiwum istnieje album, który kiedyś – po obejrzeniu filmu Larsa Von Triera – nazwałem Dogville (on też był o światach równoległych). Żyje w nim ponad dwieście zdjęć moich ukochanych zwierząt. Sfotografowałem je jak ludzi, z tą samą empatią, szacunkiem i miłością. Tak od lat są ze mną w czerni i bieli. Ale wróćmy do kwiatów. Skoro potraktowałem obiektywem psa jak człowieka – debatowałem ze sobą – to dlaczego nie spojrzeć na kwiaty właśnie w ten sposób? Są kwiaty dzikie, jak te na łąkach, i te wyczesane przez ogrodników. Ja znalazłem się w miejscu, które było pomiędzy - niezupełnie dzikie i nie całkiem dopięte na ostatni guzik. Bycie pomiędzy – w słowach czy obrazach - jest dla mnie doświadczeniem bezcennym. Uwielbiam tę przestrzeń, bo tam zawsze biegnie najciekawsza narracja. Tak więc… w tym dziwnym ogrodzie przyklejonym do galerii sztuki, nie było miejsca na przypadek. Choć pozornie panował w nim chaos, czuło się ludzkie oko, które porządkowało ten kwiatowy bałagan. Jakże inne to było od mazurskich pól, które lata temu fotografowałem w czerni i bieli. Tu nikt nie przepychał się ostrymi łokciami, by zapozować. Tu panował lekki ład i porządek. Klasa! Najwyższy czas – pomyślałem –  by ogarnąć tę pachnącą armię moim obiektywem. Przystawiłem aparat do oka…i przestałem widzieć. Zniknął delikatny szum łodyg i ludzkich kroków. Na szczęście nienaruszony został ten zmysł najważniejszy. Pochylając się, poczułem jak wlewa mi się w nozdrza czysta natura… i włączył się ten znajomy bieg. Zawsze się pojawia, gdy fotografuję na serio. Biorę wówczas co drugi oddech. Po chwili, co zrozumiałe, zaczyna kręcić mi się w głowie. Ten tryb pracy, w połączeniu z aromatem, był dawką niemal śmiertelną. Kadry zaczęły rozmywać się w oczach, takie też pozostały na matrycy. Kolana drgnęły, a ja chodząc wokół tego spektaklu kolorów, przez moment sam stałem się kwiatem. Nigdy wcześniej nie zbliżyłem się tak bardzo do roślin. To nie są zwierzęta, one nie uciekną – myślałem - pewnie widziały wcześniej ludzi z aparatem, ale chyba nie takich ja zółtodziobów. Tu mała refleksja: jest coś niepowtarzalnie pięknego w fotografowaniu czegoś po raz pierwszy. Każdy fotograf staje się wtedy Kolumbem. Może odkryć nowe kontynenty, albo boleśnie roztrzaskać się o skały. Tak czy owak, warto się ośmielić, warto spróbować iść dalej! Po powrocie do Londynu wywołałem zdjęcia w Lightroomie i nadałem im własną paletę kolorów. Tak już mam z fotografią – pozostawiam w niej swoją pieczęć, w przeciwnym wypadku nie miałaby dla mnie najmniejszego sensu. Nie przekłamuje przy tym rzeczywistości, porządkuje ją zaledwie na własnych zasadach. Każdy z nas ma do tego prawo! To jedna z fundamentalnych zasad fotografii. Mijały miesiące, a w mojej kolekcji kwiatów nie pojawił się żaden nowy kadr. W końcu przyszła zima. Jak to nieuchronnie bywa, rośliny w moim londyńskim ogrodzie zaczęły umierać w spektakularny sposób. Codziennie odchodziły do krainy wiecznych kwiatów, zostawiając w doniczkach zielone trupy. Oszronione śmiercią, były tylko wspomnieniem bajecznego ogrodu minionego lata. I nie wiedząc dlaczego, właśnie wtedy chwyciłem za aparat. Strzeliłem tylko dwie fotki. Proste, prawie banalne. Patrząc na nie dziś widzę, jak w swej estetyce pochodzą z innego kosmosu. Więcej w nich Joela-Petera Witikina niż flamandzkich mistrzów martwej natury. W ogrodzie na zachodzie Anglii, do którego chciałbym kiedyś wrócić,  królowało piękno absolutne - nie mam co do tego żadnych wątpliwości! Tam rozgrywały się kolorystyczne wariacje, jak w rękach gdańszczanina Goldberga. Ale to w umierających kwiatach, rosnących obok domu, odnalazłem niespodziewanie  uniwersalny dramat. Tak już mam w życiu – lubię jak coś się rodzi, żyje i umiera. Obserwuję ten proces i czerpie z niego ważną energię. Odkładam ją w sobie na przyszłość. Wiem że się przyda.
Bogdan Frymorgen