Bogdan Frymorgen: Drzewa umierają stojąc

Majorka - wyspa otoczona morzem. A ja ustawiam swój aparat w odwrotnym kierunku. Nie interesuje mnie niekończąca się kreska widnokręgu. Nie obchodzi ogrom wody oblizującej plażę. Zerkam w głąb wyspy. Tu rosną drzewa – świadkowie historii. Patrzyły jak do brzegów Majorki dobijali na łodziach Arabowie. Szumiały, gdy wypierali ich Katalończycy. Teraz, tysiąc lat później, obserwują kolejną inwazję… turystów z Europy. Wylegują się na plażach, piją piwo i gapią w smartfony. Konkwistadorzy! A gdy im się nudzi, wchodzą do pasa w morze i udają meduzy. a Drzewa są ciekawsze. Od nich możemy uczyć się trzymania pionu. Szczególnie na wydmach, gdzie pilnują, żeby piasek nie mieszał się z solą. Milczą przy tym cierpliwie, od czasu do czasu potrząsając na wietrze przystrzyżone grzywy. Obnażają wychodzące spod ziemi drewniane kończyny. Nie robią tego na pokaz - drzewa nie są ludźmi. Trzymają fason zawsze i wszędzie. Również tam, gdzie człowiek traci poziom. Przyroda jest piękna, a my stajemy się co raz bardziej brzydcy. Nigdzie nie jest to tak oczywiste, jak na plaży. Homo Sapiens zakopany w piachu, to goły obraz braku umiaru. Wszystkiego w nim za dużo, za mało tylko taktu. Może dlatego, będąc na Majorce, nie chciałem fotografować ludzi. b Drzewa, to co innego. One pozują z godnością. Polubiłem je nawet bardziej niż morze, które na Majorce pobłyskuje jak wielka, pokryta łuskami ryba. Nie ma obawy że za moment znikną z kadru i trzeba będzie za nimi biegać. Można im się przyglądnąć, nawiązać relację z żyjącą inaczej istotą. W głowie pojawia się wówczas kadr końcowy – nazywam go prewizualizacją – drzewa stają się w nim niemal mitologiczne. To moment bezcenny, bo nadaje im wymiar, którego nie dostrzega zazwyczaj ludzkie oko: nastrój i zapach, gorąc i chłód. Te niewidoczne elementy, piksel po pikselu urodzą się znacznie później, w drukarce. Wiem to już teraz, zamykając obie powieki. Tak za każdym razem zapładniam migawkę na Majorce. Fotografowanie drzew, to safari które nie ucieknie. Tu celuję w żyrafy obrośnięte korą, łapię w sidła obiektywu stado galopujących w miejscu antylop. Do tego nie potrzebuje otwartych oczu. c Czy zauważyliście, że rośliny, szczególnie te największe, połykają światło. Bez względu na porę dnia, wdziera się desperacko między liście i ginie. Żyje tak ukryte w pióropuszach, gdzie nawet w południe panuje półmrok. To inny rodzaj fotosyntezy, związany bardziej z fotografią niż biologią. Na zdjęciach drzewa muszą to światło oddawać. To samo robią w przyrodzie z tlenem. Moje drzewa to leśne latarnie. Świecą! I to nie tylko w głowie. Drukując zdjęcia, lubię się im porządnie przeglądnąć. Zapominam wtedy, że jestem ich ojcem i udaje widza. Ostatecznym testem jakości odbitki, jest położenie jej na podłodze w pokoju, w którym, jak w lesie, panuje półmrok. Z wysokości oczu powinienem dostrzegać w niej wszystko. d Majorka ukradkiem wstrzyknęła w moje fotografie coś więcej – muzykę. Mam nadzieje, że ktoś jeszcze poza mną ją usłyszy. To na tej wyspie spędził kiedyś rok swojego życia Fryderyk Chopin. Nie wiem dlaczego, ale w wielu tych drzewach widzę odlegle kuzynki wierzb rosochatych, które stały pięciolinią wokół Żelazowej Woli. Ktoś zauważył, że drzewa oliwne z Majorki wyglądaj jak te nasze, płaczące. Być może... Ja, kierując swój aparat na florę tej wyspy, nie słyszałem nostalgicznego szlochu. Majorka to nie Minorka. Tu, obok niekończącego się korowodu turystów i kiczu, rozbrzmiewa dyskretny pląs poloneza. Drzewa na przemian, w swoim niepozowaniu, tańczą oberki i wywijają twista. A gdzieś z nimi, na wydmach, baluje nasz ponadczasowy Chopin. Bogdan Frymorgen